środa, 15 maja 2013

Butchery & Wine - warto czy nie?


Do restauracji "Butchery & Wine", która dwa lata z rzędu otrzymała wyróżnienie Bib Gourmand, przyznawane przez przewodnik Michelin, wybierałam się już od dawna, słysząc wiele pochlebnych opinii na jej temat. Jednakże zawsze było mi do niej nie po drodze, a podczas nagłych napadów głodu decydowałam się na tańsze opcje wyżywienia (patrz: trzy pączki z okienka przy ul. Chmielnej skutecznie napełniają brzuch ;)). Dopiero kiedy podczas ostatniej kilkudniowe wizyty w Warszawie, nocowałam w hostelu ulokowanym przy ul. Żurawiej, całkiem przypadkowo trafiłam do tej restauracji.  Wyszłam uboższa o sporą sumę, ale bardzo zadowolona ze zjedzonego tam posiłku. 

Jednakże kiedy przez ostatnie kilka tygodni, wracałam myślami do kolacji w "Butchery & Wine", z czasem moje wrażenia zaczęły ewoluować, emocje towarzyszące kolacji nieco opadły, a ja zaczęłam patrzeć na wszystko nieco bardziej krytycznie. Tutaj pojawia się problem, który chciałam dzisiaj poruszyć - czy chcąc napisać rzetelną recenzję restauracji powinniśmy zrobić to od razu, "na świeżo", wciąż mając w ustach wyraźny smak zjedzonego dania i będąc pod wpływem uroku danego miejsca, czy lepiej zanotować sobie podstawowe kwestie, ale całość napisać dopiero, gdy emocje nieco opadną i nabierzemy dystansu?
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Z jednej strony emocje, które wywołuje w nas jedzenie są niezwykle ważne, tak samo jak i cała towarzysząca mu otoczka, np. dekoracja lokalu, uprzejmość obsługi, czy osoby, z którymi jemy. Z drugiej strony, często to właśnie  ta "otoczka" sprawia, że coś nam smakuje bardziej niż na dobrą sprawę powinno. Nie pamiętam nawet ile razy zachwycałam się goframi jedzonymi nad morzem, które tak naprawdę często były suche i polane kiepskiej jakości śmietaną w sprayu i sztuczną frużeliną. Smakowały mi dlatego, że jadłam je podczas wakacji spędzonych w miłym towarzystwie i w ciekawym miejscu. Gdybym zrobiła je w domu, najprawdopodobniej wyrzuciłabym je do kosza. Często czytając recenzje różnych lokali, odnoszę wrażenie, że to, że obrus był w kogoś ulubionym kolorze, na stole stały ładne kwiaty, a na przeciwko siedziała najlepsza przyjaciółka, staje się ważniejsze od tego, że tak naprawdę na talerzu znajdowało się przeciętne danie.

W pewnym sensie tak samo było w przypadku "Butchery & Wine". Kolację w tej restauracji zjadłam z pewną bliską mi osobą, którą niestety rzadko widuję i cieszę się każdą chwilą spędzoną w jej towarzystwie. Przestępując próg "Butchery & Wine", tryskałam dobrym humorem i chyba tylko naprawdę paskudne jedzenie byłoby w stanie zepsuć mi nastrój. Cały posiłek spędziliśmy na rozmowie, a jedzenie było tak naprawdę jedynie tłem. Wszystkie dania, które zamówiliśmy były ciepłe i smaczne, a czas umilało nam dobre wino. Wychodząc z restauracji, byłam naprawdę pod wrażeniem. Czar jednak prysł, gdy po kilku dniach, po powrocie do domu, zaczęłam zabierać się do napisania tej recenzji, dokładnie analizując każdy aspekt kolacji. Doszłam wtedy do wniosku, że jedzenie w "Butchery & Wine" nie zwaliło mnie z nóg. Owszem, wszystko było smaczne, ale ja wychodzę z założenia, że świetne jedzenie to takie, które potrafi nas porwać. Takie, które nam smakuje i  skutecznie zaspokaja głód, zawsze jest dla mnie jedynie dobre, bez względu na to, czy to stek, czy drożdżówka z serem. Wychodząc do restauracji, która ma już jakąś renomę i o której "mówi się na mieście", chciałabym doznać czegoś wyjątkowego, co na trwałe wpisze mi się w pamięć, dostarczy mi inspiracji i zrobi na mnie wrażenie. Jedzenie w "Butchery & Wine" nie spełnia żadnej tych kategorii.

Zacznijmy od początku...


W oczekiwaniu na złożone zamówienie, dostaliśmy "czekadełko" w formie koszyka pieczywa z masłem, które było dobre i skutecznie umiliło nam czas. Menu w "Butchery & Wine" jest dość krótkie, ale ja uważam to za zaletę - gdy widzę w restauracji opasły tom wypełniony setkami dań, w mojej głowie od razu zapala się czerwone światło. Przystawek jest na tyle dużo, że każdy powinien znaleźć coś dla siebie. W menu znajdziemy, m.in. pieczony szpik kostny z sałatką z pietruszki i grillowanym chlebem (29 zł), grasicę cielęcą z borowikami i boczkiem (45 zł) oraz grillowaną ośmiornicę z czarnymi oliwkami i pieczoną papryką (65 zł). Miałam ochotę spróbować szpiku kostnego, który w Polsce jest niestety bardzo mało popularny, ale uznałam, że nie dam rady zjeść dania głównego po tak sycącej i tłustej przystawce. Zdecydowałam się więc na zupę-krem z topinamburu z oliwą truflową (20 zł), a mój towarzysz wybrał tatara wołowego (35 zł).


Zupa o aksamitnej konsystencji i lekko orzechowym smaku topinamburu okazała się najsmaczniejszą potrawą wieczora. Wszystkie smaki były dobrze zbilansowane i po raz kolejny przekonałam się, że trudno dostępny topinambur to jedno z moich ulubionych warzyw korzeniowych. Porcja była tak duża, że mając przed oczami perspektywę zjedzenia dania głównego, część zupy oddałam swojemu towarzyszowi. 


Tatar, choć przyrządzony z bardzo dobrej jakościowo wołowiny, nie zachwycił żadnego z nas. Mimo, że można by się uprzeć, że dobre mięso nie potrzebuje żadnych zbędnych dodatków, ten tatar aż się prosił o towarzystwo przypraw, żółtka, czy marynat. Mięso było bardzo słabo doprawione i choć po pierwszym kęsie smakowało w miarę dobrze, po każdym kolejnym wydawało się zbyt mdłe i ciężkie.


Jako, że "Butchery & Wine" słynie z dobrych steków, nie mogliśmy nie zamówić jednego z nich. W karcie dostępnych jest wiele rodzajów steków, znacznie różniących się cenami, w zależności od kraju z którego pochodzą i kawałka woła, z którego są wycięte. Znajdziemy w niej steki z polskiej wołowiny (np. Rib Eye za 55 zł), Czarnego Angusa z Australii (120 zł), T-bone Steak z Hereford w Irlandii (190 zł), czy różne rodzaje Wagyu (polskie za 60 zł/100 g i hiszpańskie o 3 klasie marmurkowości za 90 zł/100 g). Wszystkie są podawane w towarzystwie jednego z trzech sosów - pieprzowego, bearnaise albo madeira i z liściem sałaty z sosem vinaigrette. Frytki trzeba zamówić dodatkowo. Wybraliśmy krwistego polskiego Rib Eye steka z sosem pieprzowym. Mięso zostało podane o takim stopniu wysmażenia, jaki chcieliśmy. Wołowina była miękka, delikatna i soczysta. Jedynym problemem była wręcz miniaturowa ilość sałatki - jeden liść polany sosem wyglądał dość komicznie. 


Jedząc w restauracjach, specjalizujących się w wołowinie, lubię zamawiać burgery, które tak naprawdę dużo mówią o kunszcie szefa kuchni. Ciężko jest przyrządzić kotleta w bułce, który swoim smakiem potrafi zrobić naprawdę duże wrażenie. Butchery Burger (29 zł) był poprawny. Kotlet sam w sobie był soczysty i dobrze doprawiony, choć przyznam, że decydując się na wersję z serem, nie podejrzewałam, że mięso będzie nim całe oblepione. Daję dużego plusa za sporą ilość warzyw w burgerze (pomidora, sałatę, ogórka konserwowego i czerwoną cebulę) i jego rozmiar - był tak duży, że nie dało się go ugryźć za jednym zamachem. Wielkim minusem była dla mnie krusząca się bułka, zbyt wysoki kotlet, który swój kształt zawdzięcza skurczeniu się podczas smażenia i sposób podania burgera, który dotarł na stół w wersji rozłożonej. Rozumiem koncepcję kucharza, który chciał, żeby każdy mógł polać sobie burgera dowolną ilością ketchupu, ale równocześnie jestem przekonana, że złożona bułka wyglądałaby o wiele bardziej zachęcająco. 


Jako dodatek do dań głównych zamówiliśmy dwie porcje ręcznie robionych frytek (10 zł), które były naprawdę smaczne - chrupiące na zewnątrz i miękkie w środku. Porcja była tak duża, że z pewnością najedlibyśmy się jednym zestawem. 


Mimo, ze najedliśmy się daniami głównymi, zamówiliśmy na spółkę deser - fondanta czekoladowego z bitą śmietaną i coulis malinowym (20 zł). Porcja na pierwszy rzut oka była nieduża, ale jako, że dania główne są pokaźnych rozmiarów, deser okazał się w zupełności wystarczający, by wypełnić niewielką ilość wolnego miejsca w brzuchach. Fondant był smaczny i zrobiony z dobrej jakości czekolady. Do niczego nie mogę się przyczepić.

Podsumowanie:

Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, muszę stwierdzić, że jedzenie w "Butchery & Wine" jest poprawne i przygotowane z wysokich jakościowo składników, ale czegoś mu brakuje. Tym czymś nie jest smak, bo wszystko na pierwszy rzut oka wydaje się w porządku. Ba, zupa-krem była bardzo dobra i świetnie doprawiona, a stek zjedliśmy z przyjemnością. W czym więc leży problem? Jeśli aspiruje się do miana "kultowego" lokalu, serwującego jedzenie na wysokim poziomie, który chce się na stałe wpisać w kulinarną mapę Polski, trzeba zawsze iść o krok do przodu. Jedzenie w "Butchery & Wine" jest poprawne i smaczne, ale równocześnie nie wywołało u mnie zbyt wielu emocji. Nie ma w nim niczego wyjątkowego, co zapadłoby mi w pamięć i sprawiło, że z chęcią wróciłabym do tego lokalu ponownie. Brakuje w nim również czegoś, co by mnie zainspirowało, wywołało w mojej głowie burzę myśli i natychmiast zagoniłoby mnie do kuchni. Nie chodzi o to, żeby każdy gotował mięso metodą sous-vide i dekorował dania piankami czy serwował sferyczne ravioli. Nawet miska gulaszu potrafi wywołać wiele emocji, jeśli jest przyrządzona z sercem i pasją. Dobre, uczciwe i przyrządzone z sercem jedzenie potrafi obronić się samo.

Nie twierdzę, że jedzenie w "Butchery & Wine" jest kiepskie i każdego zachęcam do wyrobienia sobie własnej opinii o tym miejscu. Nie miałam okazji skosztować steków z wołowiny Wagyu, ale jeśli ktoś jest koneserem, to z pewnością jest to dobre miejsce, by ich spróbować. Tak naprawdę wszystkie dania były smaczne i myślę, że usatysfakcjonowałyby wiele osób. Jednakże recenzje mają to do siebie, że są absolutnie subiektywne, więc nie boję się napisać, że moim skromnym zdaniem szału nie ma i znam wiele bardziej godnych polecenia lokali. Amen.

Nazwa restauracji: "Butchery & Wine" 
Adres: ul. Żurawia 22 Warszawa
Cena dań: od 15 zl do 300 zł, ogromny rozstrzał cenowy
Karta win: bardzo bogata, zawierająca wina w każdej grupie cenowej (od 70 zł za butelkę wzwyż)
Jedzenie: 7/10
Serwis: 8/10
Wystrój: 7/10
Stosunek jakości do cen: 7/10

7 komentarzy:

  1. Recenzja jak zawsze bardzo dobra. Lubie czytac Twoje recenzje, bo sa szczegolowe i rzetelne. Pzdr

    OdpowiedzUsuń
  2. To kolejne miejsce w Warszawie, do którego wybieram się od dawna, ale jakoś mi tam nie po drodze.

    W nawiązaniu do Twojego wstępu wydaje mi się, że recenzje są bardziej rzetelne kiedy spożywamy posiłki w samotniści. Tak jak inspektorzy Michelin ;-) Ale prawda jest taka, że nikt nie lubi jeść sam i dlatego 90% moich wizyt w lokalach przebiega w bardzo miłej atmosferze, którą zapewniają mi znajomi. Tak jest po prostu dużo lepiej :-)

    Z serdecznymi pozdrowieniami,
    E.

    OdpowiedzUsuń
  3. z tego co widzę to chyba można znaleźć lepsze cuda w tej cenie, sposób podania nie porywa, całkiem jak u mnie na stole :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dobra recenzja. Jestem pod wrażeniem. Ciesze się bardzo że ja takich nie zabrałem po wizycie u mnie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo dobra recenzja. Jestem pod wrażeniem. Ciesze się bardzo że ja takich nie zabrałem po wizycie u mnie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Podczas pobytu w Niemczech bardzo często chodziliśmy ze znajomymi do Extrablatt - knajpki, w której jedliśmy burgery. Zawsze myślałam, że tam są najlepsze na świecie.
    Pewnego dnia zabrałam Męża na tego włąsnie burgera w Berlinie. Nasłuchał się tylu historii, że musiał spróbować. I co się okazało: kochałam atmosferę tego miejsca, ludzi, z którymi tam chodziłam. A kuchnię mają... przeciętną. Zauważyłam to dopiero po wielu latach.

    Twoja recenzja bardzo mi się podoba, jest niezwykle dokładna i rzetelna.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zaciekawiła mnie ta zupa-krem z topinamburu..u mnie w piwnicy leży caaałe wiadro tego warzywa i już nie wiem sama co z nim robić..

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze
PS: Drogi Anonimie, proszę podpisz się imieniem albo nickiem!