Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modne Podróże ze Smakiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modne Podróże ze Smakiem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 października 2012

Maroko - krótki przewodnik turystyczny


Wiem, że nie każdemu chce się czytać długie relacje z podróży, zawierające dużo detali, więc postanowiłam stworzyć bardzo skrótowe podsumowanie wycieczki do Maroka, zawierające jedynie najpotrzebniejsze informacje. Wiem, że brakuje w niej informacji o wielu marokańskich miastach, które są warte odwiedzenia, ale nie chciałam za dużo pisać o miejscach, których nawet nie widziałam.... Mam nadzieję, że wpis przyda się Wam, jeśli kiedyś będziecie planowali odwiedzić ten piękny kraj! 

Przy okazji chciałabym Wam także powiedzieć, że wreszcie ruszyła relacja z drugiej edycji Modny Podróży ze Smakiem, którą możecie przeczytać, wchodząc w aplikację na Facebooku. Jest tam naprawdę dużo zdjęć i będą pojawiały się filmy. Póki co jest dodany jeden film z pierwszego dnia pobytu w Maroko - pokazane są w nim głównie podróż samolotem i przyjazd do hotelu, ale i tak warto zerknąć :)



Użyteczne informacje:

1. Waluta: marokański dirham (MAD); 1 MAD = 0.3727 PLN. Warto wiedzieć, że zabroniony jest jakikolwiek transport waluty marokańskiej przez granicę, co oznacza, że, jadąc do Maroko, musicie zabrać ze sobą euro, dolary albo funty brytyjskie i na miejscu wymienić je na dirhamy, a następnie przed powrotem do Polski ponownie oddać do kantoru wszystkie marokańskie pieniądze, które Wam zostały. Z doświadczenia wiem, że najlepiej zabrać ze sobą euro, bo w tej walucie można też często płacić na targach albo w sklepach. Nie polecam Wam korzystania z bankomatów, bo często nie ma w nich pieniędzy... :) 

2. Zatrucia pokarmowe: Jadąc do Maroko trzeba liczyć się z tym, że możecie mieć sensacje żołądkowe wywołane kontaktem z lokalną florą bakteryjną. Żeby tego uniknąć, trzeba unikać picia napojów z kostkami lodu, jedzenia świeżych warzyw i owoców i innych produktów, które mogą zawierać nieprzegotowaną wodę. Jeśli się rozchorujecie, to najlepiej zaopatrzyć się w leki w marokańskiej aptece albo spróbować innych metod, np. wypić wódkę z pieprzem :)

3. Miejscowi ludzie: wielu turystom bardzo przeszkadza usposobienie miejscowych ludzi i ich słynne "nagabywanie". Do zaczepiania na ulicy trzeba się przyzwyczaić, szczególnie jeśli się jest blondynka ;) i je kompletnie ignorować. Ludzie w Maroko są zupełnie inni niż w Polsce - otwarci, beztroscy (np. nie przejmujący się godziną umówionego spotkania) i uśmiechnięci. Mnie najbardziej uderzyło to, że mimo, że wiele osób żyje w kiepskich warunkach i nie ma dostępu do nowinek technologicznych czy markowych ubrań, Marokańczycy są bardzo pogodni. Wieczorami wychodzą na ulicę po to żeby porozmawiać z ludźmi i nawiązać jakiś kontakt - najlepiej widać to w Marrakeszu na placu Djemaa el-Fna, który po zmroku wprost wypełnia się ludźmi! Trzeba oczywiście wziąć pod uwagę fakt, że Marokańczycy są w większości muzułmanami, co wiąże się z tym, że często mają nieco inną mentalność niż my. Z tego względu najlepiej nie podejmować z nimi dyskusji na temat religii albo moralności. Są jednak bardziej postępowi niż mieszkańcy innych arabskich krajów, które miałam okazję odwiedzić, np. Egiptu - dużo kobiet nie nosi chust; zarówno mężczyźni, jak i kobiety piją sporo alkoholu.

Pokój w hotelu Royal Atlas & SPA w Agadirze.  Zdjęcie zostało wykonane aparatem SAMSUNG Smart Foto WB850F - aparat posiada ciekawą funkcję łączenia się z wi-fi, więc można umieszczać zdjęcia na portalach społecznościowych albo wysyłać je mailem od razu po zrobieniu :)

 Hotelowy basen. Brrrr, zimno! Ale wystarczy kilka rundek żabką i od razu robi się cieplej!


Wódka anyżkowa? Mnie nie smakowała, ale co kto lubi... ;)

Hotel Royal Atlas & SPA w Agadirze- podczas pobytu mieszkałyśmy w tym hotelu. Hotel jest bardzo luksusowy i zadbany, więc jest idealnym miejscem wypoczynku dla osób ceniących komfort i wysoki standard. Na szczególną uwagę zasługuję wystrój hotelu, utrzymany w marokańskim stylu. Wnętrze jest dopieszczone w każdym najmniejszym szczególe i robi naprawdę spore wrażenie. 

Restauracja hotelowa: dla mnie szału nie było, ale to pewnie dlatego, że jestem bardzo wymagającym klientem i zawsze, chcąc nie chcąc, zauważam wszystkie szczegóły. Według mnie jedzenie często było mało doprawione i mdłe. Myślę jednak, że przeciętnemu turyście będzie smakowało - w końcu menu w hotelowej restauracji jest konstruowane tak, żeby zadowolić większość gości. Mimo, że wiele z serwowanych tam potraw mi nie odpowiadało, na uwagę zasługują bardzo dobre desery, smaczne pieczywo i potrawy przygotowywane na zamówienie przez kucharzy, np. naleśniki i grillowane ryby.





Agadir

Szczegółowy opis wrażeń z Agadiru możecie przeczytać w tym wpisie: klik

1. Plaża - publiczna część plaży w weekendy jest zaśmiecona i nie zachęca do ponownych odwiedzin, ale w inne dni tygodnia, kiedy odwiedza ją mniej "tubylców" jest o wiele czystsza i można na niej spokojnie wypocząć albo pospacerować wzdłuż oceanu

2. Promenada - ciągnie się wzdłuż plaży i przez całą turystyczną część Agadiru. Znajduje się przy niej dużo restauracji (z kuchnią marokańską, śródziemnomorską, francuska i fast-food) i sklepów z pamiątkami. To dobre miejsce na wieczorny spacer, szczególnie, że wieczorową porą zaczyna tętnić życiem i staje się popularnym punktem spotkań miejscowej ludności

3. Wzgórze - góruje nad miastem i nieodzownie kojarzy się z Hollywood :) Znajdują się tam ruiny starego Agadiru, który został zniszczony w trakcie trzęsienia ziemi. Napis na wzgórzu oznacza "Bóg,  Król, Ojczyzna". Na szczyt można wejść albo wjechać i rozciąga się z niego wspaniały widok na całe miasto, ocean i góry Atlas. Polecam wybrać się tam wieczorem!

4. Mini-zoo - wstęp jest darmowy i mimo, że zoo jest naprawdę malutkie, warto się tam wybrać, szczególnie jeśli podróżujecie z dziećmi

5. Souk (targ) - niestety zdecydowanie gorszy od tego w Marrakeszu i zalany tanią chińszczyzną, ale można tam kupić dużo przepięknie pachnących, aromatycznych przypraw, bakalii, pysznych świeżych owoców i warzyw oraz pamiątki. Znajdują się tam też miejsca serwujące jedzenie "uliczne" i lokalne produkty, np. amlou. Warto wybrać się tam chociażby po to, żeby poczuć klimat targu - pulsujący, hałaśliwy dynamiczny, pełen kolorów, zupełnie nie-europejski.

6. Nie-turystyczna część miasta - jeśli chcecie zasmakować "prawdziwego" Agadiru, zaryzykujcie i wybierzcie się poza małą, nieciekawą turystyczną część miasta. Zjecie tam przepyszne lokalne jedzenie, porozmawiacie z ludźmi i zobaczycie jak żyją.

7. Agadir nocą - w mieście znajduje się bardzo dużo wszelkiego rodzaju lounge-barów, restauracji, pubów, klubów i dyskotek, które wieczorem tętnią życiem. Wybór jest tak duży, że każdy, nawet osoby, które nie lubią tańczyć, znajdzie coś dla siebie. Szczególnie polecam Wam dwa miejsca - Piano Piano oraz Zanzibar


Marrakesz

(link do szczegółowej relacji- klik)

Po pierwsze i najważniejsze - do Marrakeszu wybierzcie się na cały dzień, a najlepiej na dwa, bo prawdziwe życie zaczyna się tam dopiero po zachodzie słońca. Marrakesz kompletnie mnie zaczarował i bardzo żałuję, że z całego ogromu wartych zobaczenia miejsc, odwiedziłam tylko te:

1. Ogrody Majorelle - ładne i kolorowe miejsce, ale nie powaliło mnie. Ot, dośc mały ogród z dużą ilością roślinek, głównie bambusów, kaktusów i palm. Dobrze go jednak odwiedzić chociażby ze względu na Yves Saint-Laurent, który przez jakiś czas był jego właścicielem.

2. Pałac Bahia - został zbudowany pod koniec XIX wieku i był rezydencją Si Moussy, wezyra sułtana. To prawdziwa architektoniczna perełka, będąca esencją marokańskiego i arabskiego stylu. Miejsce ciekawe również ze względu na historie z nim związane, np. opowieści o żonach i kochankach wezyra :) Dla koneserów. Ja polecam.

3. Apteka berberyjska - poza możliwością kupienia różnych specyfików, używanych w marokańskiej medycynie naturalnej i kosmetyce (np. olejku arganowego) oraz przypraw, posłuchacie prezentacji "aptekarza", opowiadającego Wam o zbawiennych właściwościach sprzedawanych tam produktów. 

4. Medyna i souk - prawdziwy labirynt, pełen wąskich uliczek, gdzie znajdują się sklepy i stoiska pełne wyrobów tekstylnych, rzemieślniczych i garncarskich oraz przypraw, pachnących olejków i pamiątek. Można znaleźć tam prawdziwe perełki. Pamiętajcie żeby się targować!

5.  Plac Djemaa el-Fna - za dnia jest pełen stoisk ze świeżo wyciskanymi sokami pomarańczowymi, słodyczami, ślimakami i innym jedzeniem ulicznym, z godziny na godzinę wypełnia się ludźmi i powoli staje się zbiorowiskiem wróżących ze szklanych kul czarowników, zaklinaczy węży, muzyków, bajarzy i akrobatów. Magiczne, tętniące życiem miejsce, które nie bez powodu znajduje się na liście Arcydzieł Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obowiązkowy punkt programu podczas każdej wizyty w Marrakeszu!


Ślimaki z placu Djemaa el-Fna


Tzw. "pizza berberyjska"

Jedzenie

O jedzeniu, którego miałam okazję spróbować i które polecam, pisałam dużo tutaj - klik. O marokańskich słodyczach i tradycyjnym śniadaniu możecie także przeczytać we wpisach z przepisami:


Jeśli miałabym stworzyć listę 20 potraw i produktów, których każdy turysta, chcący poznać smak Maroka, powinien spróbować znalazłyby się na niej:
1. Tajine (warzywny, z kurczaka, z jagnięciny, z klopsikami wołowymi)
2. Couscous w wersji wytrawnej, np. z kurczakiem
3. Couscous na słodko (Seffa)
4. Pastilla z mięsem gołebim
5. Pastilla na słodko z migdałami
6. Naleśniki marokańskie (M'semmen)
7. Drożdżowe placuszki (Beghrir)
8. Placki z semoliny (Harcha)
9. Ciasteczka marokańskie np. rogi gazeli, sezamowe lub kokosowe Ghoriba, Makrout z daktylami
10. Kebab kupiony na ulicy
11. Amlou - pasta z migdałów/orzeszków ziemnych z olejem arganowym i miodem
12. Świeże owoce np. granaty i opuncję
13. Przyprawa Ras el hanout
14. Ślimaki z placu Djemaa el-Fna
15. Pączki Sfenj
16. Świeżo wyciskany sok pomarańczowy
17. Herbata miętowa, tzw. berberyjska whisky (Atai)
18. Jadalny olej arganowy
19. Kiszone cytryny
20. Zupa Harira

W ciągu najbliższych tygodni na blogu od czasu do czasu będą się pojawiać się kolejne przepisy na dania marokańskie wraz z ciekawostkami na temat tego kraju.

Wyniki konkursu: Jako, że dostałam od Was kilka maili z pytaniem o wyniki konkursu, postanowiłam odpowiedzieć zbiorowo na blogu - zagadkę odgadła tylko jedna osoba, Dąbrówka i do niej powędruje zestaw przypraw. Reszta osób niestety nie zgadła o jakie przyprawy chodziło i  w związku z tym niedługo na blogu pojawi się kolejny konkurs :)

sobota, 20 października 2012

Marokańskie "naleśniki" (M'semmen)


Jak to często bywa, śniadanie w hotelu (Royal Atlas & SPA w Agadirze) było moim ulubionym z serwowanych tam posiłków. Wybór był bardzo duży - od nielubianych przeze mnie komponentów tzw. "English Breakfast", przez zimne sałatki, wędliny i sery, do ogromnego wyboru wszelkiego rodzaju chlebów, ciast i słodkich wypieków, takich jak croissanty, pain au chocolat i magdalenki. Codziennie były także dwa rodzaje hariry - wytrawna z mięsem i soczewicą oraz na słodko, przypominająca polską zupę mleczną z kaszą manną. Obecność mięsnej hariry na śniadaniu bardzo mnie zdziwiła - z tego co czytałam o marokańskiej kuchni wynika, że tę zupę je się na kolację, głównie w czasie Ramadanu. Poza tym kucharze smażyli na zamówienie duże, cieniutkie naleśniki, gofry, omlety z różnymi dodatkami, a także wspomniane w poprzednim poście m'semmen, beghrir i harcha.

Śniadanie w hotelu było więc zgrabnym połączeniem europejskich i marokańskich elementów, skomponowanych tak, żeby każdy gość znalazł coś dla siebie, mając także możliwość posmakowania lokalnej kuchni. A jak wygląda typowe marokańskie śniadanie?

Z tego co mówił na przewodnik i co zaobserwowałam na miejscu wynika, że marokańskie śniadanie nie może obyć się bez słynnej miętowej herbaty atai (tzw. "whiskey berberyjskiej") - zielonej herbaty z dodatkiem dużej ilości świeżej mięty i cukru. Herbata pojawiła się w Maroko w XVIII wieku, kiedy sułtan Moulay Ismael dostał ją w prezencie od delegacji brytyjskiej i holenderskiej. Szybko stała się ona symbolem burżuazji, a jej picie ceremonią. Pod koniec XIX wieku herbata stała się dostępna dla reszty społeczeństwa. Obecnie atai jest serwowana na początek i na koniec dnia. Jest oferowana gościom i podawana hierarchicznie, zgodnie z wiekiem i pozycją społeczną, a odmówienie wypicia szklanki jest uznawane za niegrzeczne. Podobno Marokańczycy piją jej tak dużo, że Maroko jest jednym z czołowych importerów chińskiej zielonej herbaty na świecie :)

Podczas śniadania, poza dzbankiem herbaty, na stole zwykle pojawia się chleb, który macza się w różnego rodzaju dodatkach - oliwie z oliwek, oleju arganowym, miodzie, dżemie i amlou. O amlou wspominałam już tutaj. Jest to marokańska wersja masła orzechowego, przyrządza z migdałów/orzeszków ziemnych i oleju arganowego, często z dodatkiem miodu. Tradycyjnie amlou jest robione w ogromnych moździerach, w których orzechy są ręcznie ucierane z olejem arganowym. Podobno jedzone na śniadanie hamuje głód na kilka godzin. Ze względu na to, że zawiera zarówno cenny olej arganowy, jak i bardzo zdrowe orzechy, jest pełne wartości odżywczych. Mnie amlou bardzo smakowało i jako, że przywiozłam ze sobą do Polski trochę tego przysmaku, mogę się teraz zajadać nim na śniadanie :) Jako ciekawostkę powiem Wam, że dawniej amlou było przechowywane w sypialni i uznawane za oznakę dobrobytu i afrodyzjak. Było nawet dawane młodej parze jako prezent weselny. Obecnie amlou jest równie popularne i mimo, że nie jest tanie (1 kg na souku kosztuje około 100 dirhamów), nie może go zabraknąć w żadnym prawdziwym marokańskim domu. Amlou można kupić na wagę na targu albo w słoiczkach:



Poza chlebem maczanym w różnych olejach i słodkich dodatkach, Marokańczycy na śniadania lubią jeść wszelkiego rodzaju placki i naleśniki. Znajomy powiedział mi jednak, że w typowym marokańskim domu, m'semmen, harcha, czy beghrir je się tylko na specjalne okazje albo w wolne dni. Z tych trzech smakołyków najbardziej zasmakowały mi m'semmen i właśnie je postanowiłam przyrządzić w domu.


M'semmen
to rodzaj marokańskich naleśników z ciasta drożdżowego, zazwyczaj w prostokątnym kształcie. Jako, że składają się z kilku warstw, z których każda przed złożeniem jest smarowana tłuszczem (np. mieszanką masła i oliwy), naleśniki rozwarstwiają się po upieczeniu i z wyglądu nieco przypominają ciasto francuskie. W smaku są jednak zupełnie inne - lekko chrupiące na wierzchu i mięciutkie w środku, z wyczuwalnym smakiem drożdży i masła. Jak dla mnie pycha, szczególnie polane dobrym miodem! Są bardzo łatwe w przygotowaniu, więc zachęcam Was do zrobienia ich w domu i zjedzenia śniadania w marokańskim stylu :)
 

Składniki na około 8 naleśników
(przepis z tej strony)
  • 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suszonych drożdży
  • 1/2 szklanki ciepłej wody
  • 10 łyżek masła, roztopionego
  • 10 łyżek oliwy
  • około 1/2 szklanki semoliny


Wymieszać ze sobą suche składniki, poza drożdżami. Drożdże rozpuścić w wodzie i dodać do mąki. Zagniatać ciasto przez około 10 minut, aż będzie miękkie i elastyczne. Przykryć i odstawić do wyrośnięci na 30 minut.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 8 części. Z każdej części zrobić kulkę i maczać ją w mieszance masła i oliwy. Kulkę cienko rozwałkować. Posmarować tłuszczem i oprószyć semoliną. Zagiąć do środka dwa boki i posmarować je tłuszczem i posypać semoliną. Tak samo postąpić z pozostałymi dwoma bokami - w efekcie finalnym powinien Wam powstać prostokąt. Posmarować wierzch tłuszczem. Przykryć i odstawić na 15-20 minut do napuszenia.

Smażyć na suchej, rozgrzanej patelni po około 2,5-3 minuty z każdej strony.

Podawać z miodem lub innymi ulubionymi dodatkami.

Smacznego!

piątek, 19 października 2012

Marokańskie ciasto kokosowe


We wczorajszym wpisie wspominałam, że w Maroko bardzo smakowały mi słodkości. Pewnie dlatego, że wprost przepadam za słodyczami z orzechami, sezamem i bakaliami, a właśnie takie tam dominują. Co ciekawe, większość osób kojarzy Maroko głównie ze wszelkiego rodzaju ciasteczkami, a nie brakuje tam także różnych ciast i deserów. Z moich obserwacji wynika, że Marokańczycy na deser lubią jeść różne placki i naleśniki. Do najbardziej znanych należą M'semmen - drożdżowe, składane naleśniki z patelni (przepis na nie pojawi się na blogu już jutro!), Beghrir - małe drożdżowe placuszki z semoliny, z charakterystyczną bardzo "podziurkowaną" strukturą oraz Harcha - dość grube, słodkie placki z semoliny o nieco ziarnistej konsystencji Zarówno M'semmen, Beghrir, jak i Harcha miałam okazję spróbować w hotelu i o ile dwa pierwsze desery bardzo mi smakowały, to ten ostatni niestety nie przypadł mi do gustu. Poza plackami w Maroko je się także słodkie desery na bazie ryżu, np. Rozz bel Hleeb, który jest przyrządzany z dodatkiem wody z kwiatu pomarańczy. Zamiast ryżu czasami na stołach pojawia się couscous na słodko (Seffa), podawany z cynamonem, suszonymi śliwkami, rodzynkami, migdałami i kleksem śmietany. Koncepcja jest podobna do popularnego w Polsce ryżu z jabłkiem, cynamonem i śmietaną :)

Jeśli chodzi o ciasta, to w Maroko popularna jest słodka wersja pastilli, bardzo przypominająca baklavę i inne desery z ciasta phyllo, jedzone w krajach byłego Imperium Ottomańskiego. Jej nieodłącznym składnikiem jest miód i orzechy. Słodka pastilla jest niekiedy robiona z dodatkiem mleka i wtedy pojawia się w towarzystwie migdałów. Poza tym Marokańczycy bardzo lubią ciasta z daktylami, orzechami i kokosem, choć są one znacznie mniej popularne niż wymieniane wcześniej desery. Jako, że Maroko przez pewien czas było kolonią francuską, powodzeniem cieszą się tam także słodkości z wyraźnym francuskim rodowodem - w naszym hotelu nie brakowało magdalenek, makaroników, małych bezików, kruchych tart z owocami i kremem cukierniczym, profiterolków oraz wszelkiego rodzaju petits fours.

Słodkości serwowane w hotelu Royal Atlas & SPA

W hotelu jadłam także pyszne marokańskie ciasto kokosowe, które zasmakowało mi tak bardzo, że postanowiłam za wszelką cenę odtworzyć je w domu. Nie było to łatwe, bo nie miałam pojęcia jak nazywa się ten wypiek. Dopiero po przejrzeniu dziesiątek stron z przepisami na marokańskie słodkości znalazłam przepis, który wydawał się być tym czego szukałam. Okazało się, że ciasto jest niezwykle szybkie i  łatwe do zrobienia, a samo przygotowanie bardzo przypomina mi sposób robienia kokosanek. Z tą różnicą, że w tym przepisie wiórki kokosowe zalewa się sokiem pomarańczowym i odstawia do napęcznienia, dzięki czemu ciasto ma delikatny pomarańczowy aromat. Poza tym ciasto po upieczeniu odwraca się do góry nogami i naszym oczom ukazuje się słodka, delikatna, żółtkowa warstwa, która utworzyła się na dnie, a raczej wierzchu ciasta. To takie drobne czary-mary :)

Ciasto jest naprawdę przepyszne. Mocno kokosowe, lekko lepkie i bardzo wilgotne - smakuje tak jakby było nasączone jakimś syropem. Jest bardzo słodkie, ale nie jest to uciążliwa i drapiąca w gardło słodycz.

Bardzo polecam Wam ten przepis. Ciasto z kokosem i nutą pomarańczową wniesie do Waszego domu odrobinę egzotycznego słońca, nawet w pochmurny, szary dzień.

 
Składniki na tortownicę o średnicy 26-28 cm:
(lekko zmodyfikowany przepis z tej strony)
  • 200 g wiórków kokosowych
  • 200 ml soku pomarańczowego (100%)
  • 5 jajek, żółtka i białka oddzielnie
  • 200 g cukru trzcinowego
  • szczypta soli
  • 3 łyżki oleju słonecznikowego
  Wiórki kokosowe zalać sokiem i odstawić na 15 minut - w tym czasie powinny wchłonąć sok i napęcznieć. Do nasiąkniętych wiórków dodać żółtka i 150 g cukru. Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli, pod koniec ubijania dodając pozostałe 50 g cukru. Ubitą pianę z białek delikatnie wmieszać do masy kokosowej, najlepiej w 3-4 partiach.

Tortownicę nasmarować masłem i delikatnie przełożyć do niej ciasto. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180C na około 30-35 minut. Po wyjęciu z piekarnika, dać ciastu odpocząć przez około 30 minut. Po tym czasie obkroić tortownicę nożem, żeby oddzielić ciasto od jej brzegów, przykryć ją dużym talerzem, odwrócić całość do góry nogami i odpiąć boki formy. Góra ciasta powinna stać się jego spodem. Podawać po całkowitym wystudzeniu.

Smacznego!



Na koniec mam dla Was porcję uśmiechów:


Ja i dziewczyny. Zdjęcie zostało wykonane aparatem SAMSUNG Smart Foto WB850F, posiadającym funkcję przerabiania zdjęć, tak żeby wyglądały jak rysunki - w aparacie można nawet zobaczyć cały proces "rysowania" od konturów po wypełnienie. 

Jutro zapraszam Was po przepis na marokańskie "naleśniki" M'semmen, ciekawostki o tradycyjnym marokańskim śniadaniu i nieco o jedzeniu hotelowym!
 

czwartek, 18 października 2012

Smak Maroka


 Jeśli czytaliście moje poprzednie relacje, to na pewno wiecie, że nie smakowało mi jedzenie serwowane w knajpach, do których zabrał nas przewodnik, a to w hotelu, mimo, że bardzo smaczne, też sprawiało wrażenie nieco "zeuropeizowanego" i dopasowanego do gustu zagranicznych gości. Chcąc za wszelką cenę poznać prawdziwy smak Maroka, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i wyruszyłam na poszukiwanie wartych spróbowania potraw. Kosztowało mnie to wiele, bo niestety dopadła mnie tzw. "klątwa faraona" (swoją drogą, jak myślicie, istnieje jakiś odpowiednik tej nazwy bardziej powiązany z Maroko niż z Egiptem? :)). Z drugiej strony moich dolegliwości nie można łączyć jedynie ze street foodem, bo inne dziewczyny też chorowały, a nie wszystkie jadły poza hotelem. PS: Dziękuję Paulinie, Karolinie i Tamarze, że wraz ze mną dzielnie próbowały tak wielu potraw :)

Jak smakuje Maroko? Różnorodnie, aromatycznie, pysznie. Historia Maroka to opowieść o interakcji wielu kultur, co jest doskonale odzwierciedlone w marokańskiej kuchni, łączącej w sobie wpływy arabskie, berberyjskie, żydowskie i śródziemnomorskie, a w szczególności francuskie. Dzięki takiej różnorodności, kulinarna podróż przez Maroko jest ekscytująca i zaskakująca. Taką podróż najlepiej odbyć próbując jedzenia na ulicy i w restauracjach, w których jadają lokalni ludzie. Wtedy możemy mieć pewność, że to co jemy jest autentyczne i mniej przefiltrowane przez turystyczne realia. Powiecie pewnie, że jedzenie potraw sprzedawanych na ulicy jest ryzykowne. Cóż, często stoiska, na których jest przygotowywane nie są zbyt czyste, ale tak naprawdę nawet jedząc w ekskluzywnej restauracji nigdy nie mamy pewności co zostało dodane do danej potrawy. Poza tym, do odważnych świat należy i nie ryzykując, można stracić unikalną okazję posmakowania czegoś wyjątkowego. Po wielu latach wiele szczegółów z wyjazdów wakacyjnych gdzieś umyka, ale nietypowe doznania smakowe pamięta się na zawsze.




Przy nadoceanicznej promenadzie w Agadirze znajduje się wiele restauracji i kawiarni. Mimo, że większość z nich jest wyraźnie ukierunkowana na zamożnych turystów, jest tam kilka miejsc, w których można zjeść nieco taniej i mniej ekskluzywnie, żeby nie powiedzieć "fast-foodowo". Wraz z Pauliną postanowiłyśmy więc sprawdzić, jak wygląda marokański fast food i w lokalu Portofino, będącym połączeniem kawiarni i bistro, zamówiłyśmy coś, co w menu figurowało pod nazwą "pain libanais" (pol. "chleb libański") i co cieszyło się popularnością w wielu napotykanych przez nas marokańskich barach. Przyznam się Wam, że składając zamówienie, nie spodziewałam się wiele - miejsce nie wyglądało spektakularnie, a ceny były niskie (około 13,6 zł za nasz chlebek!). Wyobraźcie sobie jaka byłam zdziwiona, gdy na stole pojawiła się ogromnych rozmiarów "paczuszka" z cieniutkiego, chrupiącego ciasta, w towarzystwie frytek i sosów "z papierka". Przepadłam już po pierwszym kęsie. Ciasto skrywało w sobie świetnie doprawioną, bardzo pikantną wołowinę z dodatkiem odrobiny warzyw. Dawno nie jadłam tak dobrze doprawionego mięsa! Sama się sobie dziwiłam, że "chleb libański" tak mi posmakował, bo w Polsce nie jadam kebabów ani innych podobnych tworów. Fast food z Agadiru to jednak zupełnie inna bajka. Ciasto skrywało w sobie głównie mięso, a nie, tak jak to się zdarza w Polsce, surówki, a całość nie potrzebowała ogromnych ilości sosów by stać się choć trochę zjadliwą.


W Agadirze miałyśmy także okazję zobaczyć jak wygląda prawdziwe tajine. Tajine widoczne na zdjęciu było serwowane w małej, nieco obskurnej knajpce na dalekich obrzeżach miasta, gdzie zazwyczaj nie zapuszczają się żadni turyści. Mimo, że nie wygląda apetycznie, musicie mi uwierzyć, że było bardzo dobre. Składało się z kurczaka w sosie cytrynowo-oliwkowym, z wcześniej przeze mnie nie spotkanym dodatkiem jajek na twardo. Co ciekawe, Marokańczycy jedli potrawę używając tylko i wyłącznie kawałków chleba Matlouh. Danie wyglądało o stokroć gorzej niż to które podano nam w Marrakeszu, ale jeśli chodzi o smak sytuacja wyglądała dokładnie odwrotnie.



 Tak jak wspominałam w ostatnim poście, "czas wolny" w Marrakeszu postanowiłam poświęcić na poszukiwanie smacznego jedzenia ulicznego, w czym towarzyszyły mi Tamara i Karolina (buziaki dla Was, dziewczyny!). Mimo, że byłyśmy świeżo po nieudanym, ale dość sycącym obiedzie, spróbowałyśmy kilku rzeczy. Takie napychanie się jedzeniem zdecydowanie można nazwać masochizmem kulinarnym :) Ale za to jakim przyjemnym!


 Przed wyjazdem z Polski spytałam Was czego warto spróbować w Maroko i Agnieszka z bloga Belgia od Kuchni, poleciła mi ślimaki z placu Djemaa el-Fna. Bez problemu odnalazłam stoisko ze ślimakami, na którym za sumę 10 dirhamów (około 3,70 zł!) bardzo towarzyski pan nakładał nadziane skorupki do nieco wyszczerbionych miseczek. Nie byłabym sobą gdybym ich nie spróbowała, a Tamara jako jedyna postanowiła mi towarzyszyć :) Jak smakowały? Dużo lepiej niż wyglądały! Jeśli miałabym do czegoś porównać ich smak i konsystencję, to byłyby to...grzyby. Prawdziwym sercem dania był jednak esencjonalny, aromatyczny bulion, w którym jest tyle składników (np. piołun i kumin), że ciężko byłoby je wszystkie wyodrębnić. Mimo, że ślimaki dość ciężko wyjmuje się ze skorupek i według większość osób wyglądają obrzydliwie, warto ich spróbować będąc w Marrakeszu. W końcu taka okazja trafia się być może tylko raz w życiu, a uwierzcie mi, że ślimaki z placu Djemaa el-Fna zupełnie nie przypominają popularnych we francuskiej kuchni les Escargots de Bourgogne, czyli ślimaków po burgundzku.



W Marrakeszu wraz z Tamarą spróbowałyśmy także berberyjskich naleśników M'semmen. To rodzaj nadziewanego, drożdżowego placka, który wyrabia się podobnie do pizzy, smażonego na rozgrzanych, okrągłych płytach, podobnych do tych, na których robi się naleśniki. Nadzienia są różne - spotkałam się zarówno z wersjami mięsnymi (z mieloną jagnięciną albo kawałkami wołowiny), jak i wegetariańskimi (np. z serem). My zdecydowałyśmy się na wersję z oliwkami i pomidorami, która okazała się być przepyszna! Chrupiący na zewnątrz i mięciutki w środku placek skrywał w sobie aromatyczne, dobrze doprawione nadzienie. Jak dla mnie super, tym bardziej, że duży placek kosztował jedyne 7 MAD, czyli około 2,50 zł! Zauważyłam, że M'semmen to bardzo popularna wśród Marokańczyków przekąska i na każdym souku (również w Agadirze) znajduje się co najmniej kilka stoisk, na których jest przygotowywana.


 Pisząc o jedzeniu marokańskim, które można kupić na ulicy, nie mogłabym zapomnieć o słodkościach! Na każdym targu znajduje się wiele stoisk, na których można wybierać spośród dziesiątek rodzajów ciastek. Z migdałami, z sezamem, z orzechami włoskimi, z daktylami, z suszonymi figami, z wodą z kwiatu pomarańczy, z czekoladą... Jest co próbować! Wraz z dziewczynami postanowiłyśmy wspólnie kupić wiele rodzajów ciasteczek, dzięki czemu mogłyśmy spróbować smakołyków o różnorodnych kształtach i smakach. Jako, że bardzo lubię słodycze z dodatkiem orzechów, sezamu, miodu i bakalii, prawie wszystkie bardzo mi smakowały. Część z nich była zdecydowanie za słodka, ale tak to już jest z arabskimi słodkościami. Do najpopularniejszych marokańskich ciastek należą, na przykład, Makrout (ciasteczka semolinowe z nadzieniem daktylowym po usmażeniu maczane w miodzie), Kaab el Ghazal ("rogi gazeli", migdałowe ciasteczka obtoczone w cukrze pudrze), Chebakia (ciasteczka sezamowe z miodem, w kształcie kwiatków) i Ghoriba (ciasteczka z prażonym sezamem, kokosem albo migdałami). W najbliższym czasie postaram się odtworzyć kilka z nich w domu i podzielę się z Wami przepisami!

Miałam także okazję spróbować kilku innych typowo marokańskich słodkości, których niestety nie uwieczniłam na zdjęciach. Sfenj to rodzaj marokańskich pączków z ciasta drożdżowego smażonego w głębokim tłuszczu, później obtaczanych w cukrze. Zazwyczaj są ogromnych rozmiarów i jednym spokojnie można się najeść.. Mimo, że to dość tłusty deser, jest bardzo smaczny. Sfenj można kupić na ulicy - są sprzedawane za grosze z małych wózków/budek. Bardzo smakowało mi także marokańskie ciasto kokosowe, na które przepis pojawi się na blogu już jutro!


Po lewej - smoothie bananowo-jabłkowy, po prawej - świeżo wyciskany sok ananasowy


 Na uwagę zasługują także świeżo wyciskane soki owocowe, których, będąc w Maroku, grzech byłoby nie spróbować! Na placu Djemaa el-Fna piłam chyba jeden z najlepszych świeżo wyciskanych soków pomarańczowych w całym swoim życiu. Słodki, orzeźwiający, po prostu rozkoszny! W Marrakeszu stoiska z sokami są na każdym kroku, a za jedną szklankę napoju zapłacicie tylko 4 dirhamy (około 1,5 zł).

 

Skoro już jesteśmy przy owocach, warto wspomnieć o tym, że Maroko słynie ze swoich wspaniałych owoców i warzyw, które można kupić albo na targach albo na ulicy, prosto od obwoźnych handlarzy, sprzedających je prosto z wozów. Mnie najbardziej smakowały granaty, o których już wspominałam w pierwszej relacji z Maroko, a także owoce kaktusa. Opuncje jadłam po raz pierwszy w życiu. Ich smak można nieco porównać do melona, choć są o wiele słodsze i mają zupełnie inną konsystencję. Gdy kupuje się owoce kaktusa na ulicy, można je skonsumować na miejscu - sprzedawca umyje je i obierze ze skórki specjalnie dla Was.

Będąc w Maroko spróbowałam jeszcze wielu innych przysmaków, o których przeczytacie w kolejnych relacjach i na które przepisy już dla Was przygotowałam :)

środa, 17 października 2012

Miasto z tysiąca i jednej nocy


Marrakesz - miasto, w którego pałacach mogłaby mieszkać Szeherezada, opowiadając sułtanowi baśnie przez tysiąc i jedną noc. Tajemnicze, tętniące życiem i mające w sobie odrobinę magii, która przyciąga mnie do niego jak magnes i sprawia, że chcę do niego wrócić. Czym prędzej i na dłużej, bo tym razem spędziłam w nim jedynie kilka godzin. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Maroko, to polecam Wam wybrać się do Marrakeszu na przynajmniej dwa dni, tak żeby spędzić w nim jedną noc, bo dopiero wieczorem zaczyna się w nim prawdziwe życie. My niestety nie mogłyśmy samodzielnie zadecydować o tym, jak długo chcemy tam zostać i co chcemy zobaczyć. Moja relacja nie zawiera więc zdjęć ani opisów wielu miejsc, które chciałam odwiedzić, ale mam nadzieję, że jest na tyle interesująca, że skusicie się i kiedyś zobaczycie to magiczne miasto.


Po przejechaniu autokarem przez obrzeża miasta zajmowane przez slumsy, dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wycieczki - ogrodu Majorelle. Został on zaprojektowany przez francuskiego artystę Jacques Majorelle w latach 20-tych ubiegłego wieku, w czasach gdy Maroko było kolonią francuską. Ogród ma przypominać obraz, dlatego nawet budynki są pomalowane na piękne kolory, głównie intensywny odcień niebieskiego (tzw. "Majorelle Blue").  Po śmierci J.Majorelle, w latach 80-tych ogród stał się własnością znanego francuskiego projektanta mody, Yves Saint-Laurent. Podobno obecnie znajduje się w nim kilkaset gatunków roślin - np. wszelkiego rodzaju kaktusów, palm i bambusów. Jak mi się podobał ten słynny ogród? Cóż, jeśli mam być szczera, to średnio. Owszem, miejsce jest ładne i kolorowe, ale nic po za tym. Roślin jest sporo, ale brakuje podpisów z nazwami gatunków, przez co zwykłemu laikowi ciężko zauważyć różnorodność, z której słynie ogród. Ludzi jest tam tak dużo, że tak naprawdę trudno jest zrobić ładne zdjęcia bez niechcianych mistrzów drugiego planu. Jednakże najbardziej rozczarował mnie pomnik postawiony w ogrodzie na cześć Yves Saint Laurent, który jest... dużą kolumną. Jeśli będziecie w Marrakeszu, odwiedźcie to miejsce, bo mimo wszystko ogród jest ładny i miło się po nim spaceruje.

Po lewej: nasz przewodnik, ubrany w strój w typowo marokańskim zestawie kolorystycznym - biel i niebieskość; po prawej - Tamara i fragment jej outfitu, który doskonale wpasował się w kolorystykę pałacu ;) 

Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Pałac Bahia, którego nazwa nie bez powodu może zostać przetłumaczona jako "wspaniały", "doskonały". Zbudowany pod koniec XIX wieku pałac należał do najznakomitszych w swoich czasach i był rezydencją Si Moussy, wezyra sułtana. Kompleks budynków to prawdziwa architektoniczna perełka, będąca esencją marokańskiego i arabskiego stylu. Trudno w to uwierzyć, ale przepiękne kolorowe posadzki i zdobienia na ścianach i sufitach zostały wykonane z użyciem jedynie naturalnych barwników i mimo upływu czasu wciąż zachwycają oko. Podczas zwiedzania przewodnik opowiadał nam dużo ciekawych historii o wizjerze, jego czterech żonach i ponad dwudziestu konkubinach :) Niestety obecnie pałac jest opustoszony i nie ma w nim żadnych mebli czy dekoracji - wszystko zostało rozkradzione w okresie kolonizacji francuskiej.

Niebo nad Marrakeszem i detale z pałacu Bahia

Następnie przemierzyliśmy sporą część medyny, pełnej wąskich i zawiłych uliczek, przypominających labirynt. W plątaninie uliczek mieszczą się sklepy, restauracje i stoiska, oferujące lokalne wyroby tekstylne, rzemieślnicze i garncarskie, przyprawy i pachnące olejki oraz pamiątki. Wszystkiego było tak dużo, że aż ciężko było zawiesić oko na jednej rzeczy, a kiedy okazało się, że w końcu coś wzbudziło we mnie większe zainteresowanie, musieliśmy biec dalej. Tak, "biec" to dobre określenie, bo przez medynę sunęliśmy prawie tak szybko jak lokalni mieszkańcy na skuterach (mieszkańcy Marrakeszu mają w zwyczaju szybko jeździć na jednośladach przez wąskie uliczki suku, nawet jeśli są pełne ludzi...). Z tego względu polecam Wam samodzielną wyprawę w tę część miasta - w miejscu pełnym tylu aromatycznych przypraw, pięknej biżuterii, wyrobów ze skóry i innych ciekawych rzeczy ciężko obejść się smakiem i wyjechać z pustymi rękoma, a tak właśnie jest jeśli nie można odłączać się od wycieczki i zatrzymywać się przy interesujących nas stoiskach :) Nawet nie wiecie jak natrudziłam się, żeby zrobić nie-ruszone, ładne zdjęcia! :) Pewnie zaraz powiecie, że przecież wyżej napisałam, że medyna przypomina labirynt, więc jest tam niebezpiecznie i można się zgubić. Tak, to prawda, ale powiem Wam, że podczas moich podróży i wędrówek po obcych miastach, to właśnie gubiąc się odkrywałam najpiękniejsze zakątki!


W medynie odwiedziliśmy aptekę berberyjską, czyli sklep, w którym można kupić specyfiki używane w medycynie naturalnej - zioła, przyprawy, kremy i olejki. Wizycie w tym miejscu zawsze towarzyszy prezentacja oferowanych produktów przez "aptekarza". Z prezentacji można odnieść wrażenie, że w aptece można kupić lekarstwa na wszystkie schorzenia dręczące ludzkość - od opryszczki, poprzez migrenę, a kończąc na hemoroidach i problemach z potencją :) Dowiedziałam się wielu ciekawostek, np. że kumin rozpuszczony w odrobinie ciepłej wody przynosi ulgę w bólach menstruacyjnych, a po intensywnym pocieraniu czarnuszką owiniętą w gazik po ręce zaczyna uwalniać się z niej niesamowity, niemalże eukaliptusowy zapach, który świetnie sprawdza się przy zatkanych zatokach. Ciekawe, prawda? :) W aptece można także kupić różne mieszanki przypraw, np. Ras el Hanout i cytrynowe curry (przypominam, że te przyprawy możecie wygrać w moim KONKURSIE!), a także kremy z dodatkiem naturalnych olejków, np. różanego, migdałowego i jaśminowego.

Apteka berberyjska jest także dobrym miejscem do zakupu sprawdzonego, oryginalnego oleju aragnowego. Olej araganowy, nazywany także "złotem Maroka", jest wytwarzany z owoców arganii, jednego z najdawniej uprawianych przez ludzkość drzew. Podobno produkcja oleju arganowego sięga bardziej odległych czasów niż wytwarzanie oliwy z oliwek. Produkuje się jego dwa rodzaje - jadalny i kosmetyczny. Ten pierwszy ma lekko orzechowy smak i w Maroko jest jedzony w formie amlou (przesmacznej pasty z oleju arganowego i migdałów/orzeszków ziemnych, często z dodatkiem miodu) albo jako dodatek, w którym macza się chleb. Ten drugi jest znany ze swojego zbawiennego wpływu na skórę i włosy, a czarne mydło wytwarzane z resztek pozostałych po jego produkcji jest doskonałym peelingiem do ciała. Do wytworzenia jednego litra specyfiku, potrzebne jest ponad 100 kg owoców arganii, więc olej  nie należy do najtańszych - półlitrowa butelka oleju kosmetycznego kosztuje około 30-35 euro, a jadalnego około 25 euro. Zapewniam Was jednak, że warto. Mimo, że nie wierzę w istnienie kosmetyków-cud i lekarstw na wszystko, myślę, że skoro olejek jest produkowany i używany od tysięcy lat, to na pewno jest w nim coś specjalnego.


Po wizycie w aptece berberyjskiej nastała wyczekiwana przez wszystkich chwila, czyli czas wolny! W tym czasie postanowiłam spróbować marokańskiego jedzenia ulicznego, o którym przeczytanie na blogu już jutro, oraz kupić coś, co będzie mi przypominało o wizycie w Marrakeszu.





Zdecydowałam się na zakup tradycyjnego, marokańskiego talerzyka z ładnie zdobionymi bokami. Jest prześliczny i obchodzę się z nim jak z jajkiem, a nawet ostrożniej :) Talerzyk kupiłam u pana, którego widać na zdjęciu powyżej. Ten miły projektant biżuterii był bardzo podekscytowany faktem, że jesteśmy z Polski, gdyż okazało się, że w jednym z polskich przewodników po Maroko napisano o jego stoisku i nazwano go "najsympatyczniejszym i najbardziej charyzmatycznym sprzedawcą w Marrakeszu" :) Fakt, pan był bardzo przyjazny i nie był natrętny, co na souku jest prawdziwą rzadkością!


  

Pisząc o czasie wolnym, nie mogłabym nie wspomnieć o słynnym placu znajdującym się w pobliżu souku, czyli Djemaa el-Fna. Plac ten, którego nazwa dosłownie oznacza "meczet śmierci" albo "meczet na końcu świata", nie bez powodu znajduje się na liście Arcydzieł Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, gdyż jest jednym z najbardziej niesamowitych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć. Miejsce, które za dnia jest pełne stoisk ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym, słodyczami, ślimakami i innym jedzeniem ulicznym, z godziny na godzinę wypełnia się ludźmi i powoli staje się zbiorowiskiem wróżących ze szklanych kul czarowników, zaklinaczy węży, muzyków, bajarzy i akrobatów. Podobno po zmierzchu na placu są tysiące ludzi, którzy zostają tam do późnych godzin nocnych, rozmawiając w blasku kolorowych świateł i przypatrując się występom ulicznym. Spektakl na Jemaa el-Fnaa odbywa się codziennie i każdego dnia jest inny. Żałuję, że nie mogłyśmy zostać w Marrakeszu na noc. Nie mniej jednak nawet za dnia plac robi niesamowite wrażenie, choć nie każdemu się spodoba tamtejsza atmosfera - jest tłoczny, głośny, tętniący życiem; pachnący jedzeniem ulicznym, z dymem unoszącym się z nad grillów i pełen nagabujących turystów zaklinaczów węży i sprzedawców. Ja wprost uwielbiam takie miejsca. Lubię energię, która z nich emanuje oraz beztroskę i barwność tamtejszych ludzi, którzy, choć pozornie nowocześni, sprawiają wrażenie nieco zawieszonych w przeszłości i tradycji. Odrobina takiej magii przydałaby się w Łodzi...


Jutro napiszę Wam o moich przygodach z próbowaniem jedzenia ulicznego, a tymczasem dzisiaj podzielę się z Wami wrażeniami na temat jedzenia (obiadu i kolacji), które jadłam w Marrakeszu w miejscach, do których zabrał nas przewodnik w ramach wycieczki. Nie będę się zbytnio rozpisywać, bo tak naprawdę nie ma o czym. Jedzenie było kiepskie. O ile sałatki podane na przystawki dawały radę, o tyle oba dania główne były nijakie i kompletnie bezpłciowe. Ani tajine z kurczaka z warzywami ani tajine z jajkiem i pulpecikami wołowymi nie podbiły mojego serca. Gdyby to było jedyne jedzenie, którego spróbowałam podczas wizyty w Maroko, to mój obraz kuchni marokańskiej byłby zupełnie inny. To, że danie zostaje podane w naczyniu do tajine niestety automatycznie nie czyni z niego wspaniale doprawionej, marokańskiej potrawy. Tłumaczę to tym, że obie restauracje były tak naprawdę "stołówkami", do których przewodnicy zabierają turystów podczas wycieczek, a tamtejsze potrawy były przygotowywane tak, żeby smakowały uniwersalne, a goście zza granicy przyzwyczajeni do jedzenia kotletów z ziemniakami zbytnio nie marudzili. Tak naprawdę kompletnie nie rozumiem takiego rozumowania - przewodnik powinien pokazać turystom prawdziwe marokańskie jedzenie. Jak zresztą przeczytacie w jutrzejszym wpisie, w Marrakeszu za kilka złotych można zjeść pyszne jedzenie, które zapamięta się na całe życie. Amen. 

Podsumowując, przyciąga mnie wibrująca, pełna kolorów moc Marrakeszu - jego czerwone budynki, głośna medyna-labirynt, magiczny plac Djemaa el-Fna pełen pachnącego jedzenia ulicznego i ciekawych ludzi. Chciałabym tam wrócić. Tym razem sama i na dłużej, żeby mieć czas na poznanie miasta i nasiąknięcie jego energią. Nie oszukujmy się, kilka godzin to za mało na zwiedzenie Marrakeszu. Tym bardziej jeśli w programie wycieczki nie ma wielu ważnych miejsc (np.grobowców Saadytów), przez interesującą medynę trzeba mknąć jak burza, a przewodnik za klucz programu uważa kiepskie jedzenie w pseudo-marokańskiej restauracji. Marrakesz polecam z całego serca, zorganizowaną wycieczkę odradzam.*

*chyba, że wybierzecie się do Marrakeszu na jedną z dwudniowych wycieczek, które mają w swojej ofercie biura podróży, w tym także Itaka. Nie byłam na niej i nie wiem czy na pewno warto, ale podejrzewam, że jest dużo fajniejsza niż ta jednodniowa - gwarantuje więcej czasu spędzonego w Marrakeszu i przede wszystkim zobaczenie miasta nocą!


Na zakończenie tradycyjnie odrobina uśmiechów od ekipy Modnych Podróży ze Smakiem ;) Za zdjęcia dziękuję ich autorce, Karolinie oraz Tamarze, która umieściła je na swoim blogu!

Już jutro zapraszam Was do przeczytania wpisu o street food w Maroko, czyli o tym co ciekawe nowych smaków i nie bojące się wyzwań blogerki kulinarne (i jak się okazuje także modowe) lubią najbardziej :)