Kiedy kilka miesięcy temu w strefie OFF Piotrkowska, otworzono Drukarnię Skład Wina i Chleba, do tego lokalu automatycznie przylgnęła etykietka "łódzkiej Charlotte". Do tej pory w nieco zaściankowej Łodzi nie było knajpy, która łączyłaby w sobie cechy kawiarni, bistro i piekarni. W stolicy na takie lokale, w których można kupić wypiekany na miejscu chleb, napić się piwa, czy dobrej kawy, a także zjeść coś na obiad, z możliwością wyboru charakterystycznego dla bistro "dania dnia", od jakiegoś czasu panuje prawdziwy boom. Przechadzając się po Nowym Świecie i innych popularnych rejonach Warszawy, ma się wrażenie, że tego typu restauracje są miejscami, w których warto bywać - są zawsze zatłoczone i pełne ludzi, których na pierwszy rzut oka można by opisać jako "modnych". Czasami wydaje mi się, że nawet gdyby sprzedawane tam croissanty za 6 zł za sztukę smakowały tak samo jak te z supermarketów, ludzie i tak ustawialiby się po nie w kolejce, mając w głowie błędną ideę, że skoro wszyscy chcą jeść te rogaliki, są one drogie i wypiekane w pseudo-francuskim bistro, to na pewno są smaczne. Nie zrozumcie mnie źle - chleb z Charlotte jadłam kilkakrotnie i nie zaprzeczę, że mi smakuje. Ba, robię praktycznie identyczny w domu (według przepisu na chleb pszenny na zakwasie z piekarni Tartine). Po prostu uważam, że poza dobrym chlebem i dzikim tłumem ludzi, w tym miejscu nie ma niczego nadzwyczajnego. Jak to się ma do łódzkiej Drukarni?
Cóż, na pierwszy rzut oka, Drukarnia jest wyraźnie inspirowana warszawską Charlotte. To samo proste, nieco surowe wnętrze, długie stoły, regał ze świeżo wypiekanym pieczywem, rzucający się w oczy od razu po wejściu do lokalu. Powiedziałabym jednak, że pofabryczny design łódzkiej Drukarni jest bardziej minimalistyczny niż ten w Charlotte, w której mimo wszystko została zachowana atmosfera francuskiego bistro. Do wnętrza nie mam zastrzeżeń, bo lubię takie surowe, nieco skandynawskie klimaty. Podoba mi się regał z winami, które można zamawiać także na kieliszki za przystępną cenę, sygnowane, dekoracyjne poduszki i wazony ze świeżymi kwiatami. Od razu po wejściu do restauracji, pomyślałam, że chętnie zamówiłabym tam kawę i croissanta, odpaliła laptopa i popracowała w miejskim zgiełku. Bingo. Myślę, że w takich lokalach chodzi o przyciągnięcie właśnie takiego klienta - kogoś, kto wpadnie na szybki lunch albo śniadanie przed pracą/szkołą, popracuje przy laptopie i weźmie chleb na wynos do zjedzenia w domu, a weekend wpadnie z przyjaciółmi. Do takiego klienta jest także adresowane menu, w którym znajdziemy zestawy śniadaniowe (np. domowe z rogalikami, powidłami, masłem, miodem i kawą za 10 zł), makarony (np. penne z kurczakiem za 14 zł), kanapki (np. ciabattę z wędzonym łososiem za 12 zł), dania jednogarnkowe (np. albondigas za 18 zł), sałatki (np. Cezara za 20 zł), czy hamburgery (np. hamburger wołowy z frytkami i sałatką coleslaw za 15 zł). Dania proste i szybkie w przygotowaniu, idealne na szybki lunch. Nie jest to miejsce, do którego można wybrać się na niedzielny obiad z rodziną albo na randkę z dziewczyną. Poza potrawami z karty, w Drukarni codziennie można zjeść zestaw lunchowy za 19 zł, składający się z zupy i dania głównego. Deserów jest mało - codziennie mamy do wyboru 2-3 ciasta (np. brownies albo szarlotkę), ale rekompensuje to spora selekcja wypiekanych na miejscu chlebów (np. ze śliwkami, z orzechami, żytni, czy alpejski).
Przyznam, że mimo, że po przeczytaniu menu nie znalazłam w nim niczego szczególnie ekscytującego, byłam pozytywnie nastawiona do tego lokalu, szczególnie, że w porze lunchu (około godziny 13-14) ludzi w nim nie brakowało i wszyscy zdawali się wyprzątać zawartość talerzy z przyjemnością. Zdecydowałam się na zamówienie zestawu lunchowego, deseru i chleba. Jak mi smakowało?
Na pierwszy ogień poszła zupa rybna. Zniknęła z mojego stolika równie szybko, jak się na nim pojawiła... zabrana przez zdezorientowanego kelnera. W końcu niby dlaczego nie chciałabym zjeść całej miski mocno przesolonej zupy rybnej z rozgotowanymi krążkami kalmarów i włoszczyzną krojoną przez leniwego chefa, który wrzuca do garnka całe plastry selera naciowego i kawałki pietruszki wielkości kostek do gry? :)
Po mocno rozczarowującym starcie, na moim stoliku pojawiło się dobrze zapowiadające się danie główne - polędwiczki wieprzowe nadziewane suszonymi pomidorami z ryżem i dressingiem miodowo-musztardowym. Przyznaję plusa za dobrze przyrządzone mięso, które pozostało soczyste i delikatne. Szkoda tylko, że zostało kompletnie zrujnowane przez nadmiar suszonych pomidorów. Ktoś bardzo wziął sobie do serca to, że musi nadziać polędwiczki suszonymi pomidorami, wpakował do środka zawartość całego słoika i w efekcie w każdym plastrze mięsa znalazłam po jakieś 4-5 dużych sztuk tego składnika. Nie żebym nie lubiła suszonych pomidorów. Wręcz przeciwnie, ale uważam, że wszystkie składniki należy dodawać z umiarem, a jeśli się tego nie zrobi, zdominuje się smak całego dania i wywoła u klienta efekt zemdlenia ciężkim, tłustym i intensywnie aromatycznym dodatkiem, powodując, że nie ma ochoty nawet dokończyć jedzenia. Jeśli do tego dojdzie zimny, rozgotowany i ciapowaty ryż rodem ze szkolnej kantyny, nawet smaczny dressing miodowo-musztardowy nie uratuje dania.
Suszone pomidory z jednego plastra roladki. Na bogato :)
Swoją drogą bardzo zastanawia mnie zawrotne tempo serwisu - danie główne dostałam dosłownie minutę po tym, gdy kelner zabrał zupę. Gdybym zupa mi smakowała i chciałabym zjeść całą, znaczyłoby to, że danie główne musiałoby pojawić się na moim stole dobre 10 minut później. Wtedy pewnie polędwiczki byłyby równie zimne jak ryż... :)
Jako, że szybko się nie poddaję i zawsze chcę dać lokalowi szansę, mimo kompletnego rozczarowania zestawem lunchowym, zamówiłam deser. Wybrałam brownies (8 zł/sztuka). Dostałam przeciągnięte, mocno wysuszone ciasto, wyglądem bardziej przypominające murzynek, w którym smak czekolady był mało wyczuwalny. Zjadłam dwa kęsy brownies, a po wyjściu z lokalu swoją ochotę na słodycze zadowoliłam kilkoma kostkami czekolady.
Pocieszyłam się dopiero późnym wieczorem w domu, gdy ukroiłam sobie kawałek kupionego w Drukarni chleba alpejskiego (4,5 zł/sztuka. Chleb był wilgotny, sprężysty i z chrupiąca skórką. Zjadłam go z przyjemnością i z ciekawości na pewno przetestuję inne z wypiekanych tam chlebów. Pojawia się jednak pytanie, czy opłaca mi się iść po chleb do bistro, gdy mogę kupić równie dobre pieczywo w ulubionej piekarni?
Jedzenie jedzeniem, ale w restauracji zwracam uwagę także na serwis i to jak jestem tam traktowana. Powiem krótko - ostatnio chyba padłam ofiarą wyjątkowego zbiegu okoliczności, bo to już trzeci z rzędu lokal, który odwiedzam w i którym obsługujący mnie kelner tłumaczy swoją nieporadność tym, że akurat "jest w pracy po raz pierwszy" ;) Dobrze chociaż, że wszystko maskował miłym uśmiechem.
Podsumowanie:
Nie lubię od razu skreślać restauracji i wpisywać ich na swoją czarną listę opatrzoną mottem: "niech dobre duszki ustrzegą mnie przed gastronomiczną fuszerką", więc pewnie jeszcze kiedyś zawitam do Drukarni. Chleb mi bardzo smakował, mięso było dobrze przyrządzone i świadczy o tym, że kucharz nie jest kompletnym laikiem. Wizyta w tej knajpie potwierdziła jednak moje przypuszczenie, że popularność lokali często nie idzie w parze z jakością jedzenia. Są miejsca, w których każdy modny i obyty w towarzystwie człowiek powinien bywać dla samego faktu bywania i możliwości otagowania się na facebooku w danym miejscu z dopiskiem "omnomnomn", a także spotkania całej gromady podobnych osobników. Są też restauracje, do których chodzą zupełnie niemodni, staroświeccy i skazani na towarzyskie niepowodzenie ludzie, którym zależy na tym, żeby zjeść miskę smacznego, uczciwego jedzenia, przyrządzonego z pasją, chociażby miało być skonsumowane przy stole nakrytym ceratą. Nie chciałabym żeby takie miejsca były passée. Nie ukrywam, że lubię nowinki, podążając za modą i Ci co mnie znają dobrze to wiedzą ;) Jednakże zawsze na pierwszym miejscu stawiam na jakość, a jeśli mówimy o jedzeniu, to także na smak. Gdy zabraknie tych dwóch rzeczy, nie przekona mnie nawet najbardziej designerskie wnętrze.
Podoba mi się sama idea Drukarni, łączącej w sobie cechy bistra, kawiarni i piekarni i uważam, że takie miejsce jest potrzebne w Łodzi, która wciąż ledwo co zipie w pogoni za trendami w polskiej, nie mówiąc o światowej, gastronomii. Jednakże moim zdaniem trzeba się tam mocno wziąć do roboty i popracować nad jakością jedzenia. W końcu wszystko kiedyś wychodzi z mody i wtedy można obronić się tylko smakiem.
Nazwa restauracji: Drukarnia Skład Wina i Chleba
Adres: ul. Piotrkowska 138/140
Jedzenie: 5/10
Serwis: 6/10
Wystrój: 7,5/10
Stosunek jakości do cen: 6/10
Bardzo fajna recenzja ! Tak to bywa z takimi miejscami, że samo bywanie tam jest ważniejsze niż to co można tam zjeść :)
OdpowiedzUsuńChoć przy otwarciu było chyba lepiej :) Fajnie, że w końcu tam dotarłaś :)
kurcze, a własnie miałam się tam wybrac :P
OdpowiedzUsuń"Po prostu uważam, że poza dobrym chlebem i dzikim tłumem ludzi, w tym miejscu nie ma niczego nadzwyczajnego." No właśnie to jest już nadzwyczajne :-)
OdpowiedzUsuńHeh, właśnie o to mi chodziło w tym zdaniu ;) Dla mnie to fenomen i zagadka
UsuńCzasem tak bywa, że mimo kiepskiego jedzenia lokal i tak przyciąga. To się nazywa marketing?:)
OdpowiedzUsuńDość trafne.
OdpowiedzUsuńDwa dni temu napisałem swoje uwagi pod recenzją "Łódź od kuchni" i wkleję je tutaj. Szkoda, że drugiej części mojej wypowiedzi nie zamieszczono :)
Pozdrawiam
Drukarnia to wyłącznie modne miejsce i niezobowiązująca atmosfera.
Kuchnia słaba i siermiężna, taki zaadaptowany do warunków łódzkich koszmarek z Wielkiej Brytanii. Z tym curry to taka śmieszna sprawa...opakowanie znanej firmy robiącej gotowe pasty kosztuje 5zł i wystarczy na zrobienie 4/5 porcji, trzeba tylko dolać mleczka kokosowego oraz pożądany składnik główny i możemy założyć się, że tak to jest przygotowywane w Drukarni ;) Tak naprawdę każdy może zrobić to w domu.
Kolejna sprawą, którą trzeba ustalić jest to, że curry jest rodzajem sosu robionego z ziół, przypraw i oleju w związku z tym przypominam, że co najwyżej może być curry z KURCZAKIEM a nie z KURCZAKA :) Jednak mam wrażenie, że błędy w poprawnej pisowni w języku polskim zarówno ortograficzne jak i gramatyczne są specjalnością Drukarni-wystarczy prześledzić wpisy na Facebooku. Steki i i inne mięsa z grilla przygotuje każdy, średnio zdolny człowiek (nawet nie kucharz) po krótkim przyuczeniu, to samo dotyczy pozostałych pozycji w menu. Osoby gotujące to zbieranina osób z różnych Sphinxów itp., w dodatku ciągle rotująca, więc proszę nie spodziewać się kreatywnych rozwiązań w karcie dań. Tak na marginesie, kuchnia w Drukarni nie jest na to gotowa, ponieważ jest przygotowana na robienie przekąsek, a nie dań i zup, czyli prawdziwej kuchni w sensie stricte ;) Z resztą, co tutaj duża pisać-tam nikt nie gotuje z pasją.
Obsługa to koszmar i w tym jesteśmy zgodni. Pieczywo jak pieczywo, robione jest w podobny sposób jak w E.Leclerc ( tam też jest wypiekane od podstaw i przez cały dzień jest świeże)
Gazeta Food&Friends zaprezentowała Drukarnię w swoim ostatnim numerze i byłem z tego bardzo zadowolony, że o Łodzi i tak dalej... ale potem popatrzyłem na tą biedną sałatkę z pieczarkami zaprezentowaną przez lokal i naszła mnie taka smutna refleksja, że jeśli to jest najciekawszy lokal w Łodzi to gastronomia w tym mieście właśnie dogorywa ;(
Powtórzę zdanie z początku mojego komentarza:
Drukarnia to wyłącznie modne miejsce i niezobowiązująca atmosfera.
P.S.
Drukarnie rozpatrujmy w kategoriach socjologicznych a nie gastronomicznych.
Moja ocena 4/10
Drogi Anonimie,
UsuńOpublikowaliśmy oba Twoje komentarze, jeden po prostu z lekkim opóźnieniem. Jakoś nam umknął.
Pozdrawiamy, Łódź od Kuchni
Widziałaś mój komentarz na facebook'u Drukarni, ja zawsze byłam na prawdę zadowolona z podawanego tam jedzenia, haburgery może lekko za mało słone ale wiadomo, lepiej dosolić niż przesolić :) A co do lunchów to wiele osób mnie przed nimi ostrzegało, lepiej zamawiać z karty :) Jak byś chciała dać drukarni drugą szanse to strasznie ale to strasznie polecam ciabatty, są genialne i nigdy nie zdarzyło mi się zjeść niesmacznej :) A cena zachęca tym bardziej :P !
OdpowiedzUsuńSpecjalnie zamówiłam lunch, bo wychodzę z założenia, że w restauracji powinno się serwować wszystkie dania na takim samym poziomie i wszystko co wychodzi z kuchni powinno być dobre, a często zdarza się, że menu lunchowe jest kiepskie. Dla mnie to, że to zestaw lunchowy za określoną kwotę nie jest żadnym tłumaczeniem i powinien być o takim samym standardzie jak dania z karty :)
UsuńDam drugą szansę, na pewno. Może nawet wezmę którąś z polecanych przez Ciebie ciabat
strasznie niesmaczne te zdjęcia :) ale widać po nich dokładnie to o czym piszesz, smutna prawda jest taka, że sporo ludzi po prostu nie ma gustu
OdpowiedzUsuńTakie brownies na ósemkę? :D
OdpowiedzUsuńSwietnie piszesz, dziewczyno. Bardzo fajna recenzja,az milo sie czyta i chce sie wiecej. Do tego lokalu nie pojde na pewno.
OdpowiedzUsuńNie byłam tam co prawda i po Twojej recenzji tym bardziej nie mam ochoty (chociaż fajnie napisana:)). Ale to, co wymieniasz jako zaletę, ja uważam za wadę - jeśli lokal ma być połączeniem bistra, piekarni, kawiarni, winiarni, to może się okazać, że nie wszystko będzie równie dobre - i to zdaje się potwierdzać Twoja recenzja. Ale że nawet deser nie jest dobry, to już spore zaskoczenie :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Agnieszka
Myślę, że fejm na "Drukarnie" może, niestety, przejść. Pierwszy raz słyszałam o "Drukarni" oglądając mega hipsterskie zdjęcia na facebooku. To chyba o czymś mówi :)
OdpowiedzUsuńTo nie jest marketing. To lans :)