sobota, 20 października 2012

Marokańskie "naleśniki" (M'semmen)


Jak to często bywa, śniadanie w hotelu (Royal Atlas & SPA w Agadirze) było moim ulubionym z serwowanych tam posiłków. Wybór był bardzo duży - od nielubianych przeze mnie komponentów tzw. "English Breakfast", przez zimne sałatki, wędliny i sery, do ogromnego wyboru wszelkiego rodzaju chlebów, ciast i słodkich wypieków, takich jak croissanty, pain au chocolat i magdalenki. Codziennie były także dwa rodzaje hariry - wytrawna z mięsem i soczewicą oraz na słodko, przypominająca polską zupę mleczną z kaszą manną. Obecność mięsnej hariry na śniadaniu bardzo mnie zdziwiła - z tego co czytałam o marokańskiej kuchni wynika, że tę zupę je się na kolację, głównie w czasie Ramadanu. Poza tym kucharze smażyli na zamówienie duże, cieniutkie naleśniki, gofry, omlety z różnymi dodatkami, a także wspomniane w poprzednim poście m'semmen, beghrir i harcha.

Śniadanie w hotelu było więc zgrabnym połączeniem europejskich i marokańskich elementów, skomponowanych tak, żeby każdy gość znalazł coś dla siebie, mając także możliwość posmakowania lokalnej kuchni. A jak wygląda typowe marokańskie śniadanie?

Z tego co mówił na przewodnik i co zaobserwowałam na miejscu wynika, że marokańskie śniadanie nie może obyć się bez słynnej miętowej herbaty atai (tzw. "whiskey berberyjskiej") - zielonej herbaty z dodatkiem dużej ilości świeżej mięty i cukru. Herbata pojawiła się w Maroko w XVIII wieku, kiedy sułtan Moulay Ismael dostał ją w prezencie od delegacji brytyjskiej i holenderskiej. Szybko stała się ona symbolem burżuazji, a jej picie ceremonią. Pod koniec XIX wieku herbata stała się dostępna dla reszty społeczeństwa. Obecnie atai jest serwowana na początek i na koniec dnia. Jest oferowana gościom i podawana hierarchicznie, zgodnie z wiekiem i pozycją społeczną, a odmówienie wypicia szklanki jest uznawane za niegrzeczne. Podobno Marokańczycy piją jej tak dużo, że Maroko jest jednym z czołowych importerów chińskiej zielonej herbaty na świecie :)

Podczas śniadania, poza dzbankiem herbaty, na stole zwykle pojawia się chleb, który macza się w różnego rodzaju dodatkach - oliwie z oliwek, oleju arganowym, miodzie, dżemie i amlou. O amlou wspominałam już tutaj. Jest to marokańska wersja masła orzechowego, przyrządza z migdałów/orzeszków ziemnych i oleju arganowego, często z dodatkiem miodu. Tradycyjnie amlou jest robione w ogromnych moździerach, w których orzechy są ręcznie ucierane z olejem arganowym. Podobno jedzone na śniadanie hamuje głód na kilka godzin. Ze względu na to, że zawiera zarówno cenny olej arganowy, jak i bardzo zdrowe orzechy, jest pełne wartości odżywczych. Mnie amlou bardzo smakowało i jako, że przywiozłam ze sobą do Polski trochę tego przysmaku, mogę się teraz zajadać nim na śniadanie :) Jako ciekawostkę powiem Wam, że dawniej amlou było przechowywane w sypialni i uznawane za oznakę dobrobytu i afrodyzjak. Było nawet dawane młodej parze jako prezent weselny. Obecnie amlou jest równie popularne i mimo, że nie jest tanie (1 kg na souku kosztuje około 100 dirhamów), nie może go zabraknąć w żadnym prawdziwym marokańskim domu. Amlou można kupić na wagę na targu albo w słoiczkach:



Poza chlebem maczanym w różnych olejach i słodkich dodatkach, Marokańczycy na śniadania lubią jeść wszelkiego rodzaju placki i naleśniki. Znajomy powiedział mi jednak, że w typowym marokańskim domu, m'semmen, harcha, czy beghrir je się tylko na specjalne okazje albo w wolne dni. Z tych trzech smakołyków najbardziej zasmakowały mi m'semmen i właśnie je postanowiłam przyrządzić w domu.


M'semmen
to rodzaj marokańskich naleśników z ciasta drożdżowego, zazwyczaj w prostokątnym kształcie. Jako, że składają się z kilku warstw, z których każda przed złożeniem jest smarowana tłuszczem (np. mieszanką masła i oliwy), naleśniki rozwarstwiają się po upieczeniu i z wyglądu nieco przypominają ciasto francuskie. W smaku są jednak zupełnie inne - lekko chrupiące na wierzchu i mięciutkie w środku, z wyczuwalnym smakiem drożdży i masła. Jak dla mnie pycha, szczególnie polane dobrym miodem! Są bardzo łatwe w przygotowaniu, więc zachęcam Was do zrobienia ich w domu i zjedzenia śniadania w marokańskim stylu :)
 

Składniki na około 8 naleśników
(przepis z tej strony)
  • 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suszonych drożdży
  • 1/2 szklanki ciepłej wody
  • 10 łyżek masła, roztopionego
  • 10 łyżek oliwy
  • około 1/2 szklanki semoliny


Wymieszać ze sobą suche składniki, poza drożdżami. Drożdże rozpuścić w wodzie i dodać do mąki. Zagniatać ciasto przez około 10 minut, aż będzie miękkie i elastyczne. Przykryć i odstawić do wyrośnięci na 30 minut.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 8 części. Z każdej części zrobić kulkę i maczać ją w mieszance masła i oliwy. Kulkę cienko rozwałkować. Posmarować tłuszczem i oprószyć semoliną. Zagiąć do środka dwa boki i posmarować je tłuszczem i posypać semoliną. Tak samo postąpić z pozostałymi dwoma bokami - w efekcie finalnym powinien Wam powstać prostokąt. Posmarować wierzch tłuszczem. Przykryć i odstawić na 15-20 minut do napuszenia.

Smażyć na suchej, rozgrzanej patelni po około 2,5-3 minuty z każdej strony.

Podawać z miodem lub innymi ulubionymi dodatkami.

Smacznego!

8 komentarzy:

  1. Mmmm naleśniki pycha! Takich jeszcze nie jadłam po marokańsku, dlatego przepis zapisuje i z pewnością wypróbuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie wypróbuj i daj znać czy Ci smakowały :)

      Usuń
  2. Wiem, ze sa smaczne, bo sama je robilam ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. śniadanie wymarzone, zdecydowanie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Idealne na dobre rozpoczęcie dnia:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak cudownie podane! Musiały smakować niebiańsko.

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze
PS: Drogi Anonimie, proszę podpisz się imieniem albo nickiem!