Marrakesz - miasto, w którego pałacach mogłaby mieszkać Szeherezada, opowiadając sułtanowi baśnie przez tysiąc i jedną noc. Tajemnicze, tętniące życiem i mające w sobie odrobinę magii,
która przyciąga mnie do niego jak magnes i sprawia, że chcę do niego
wrócić. Czym prędzej i na dłużej, bo tym razem spędziłam w nim jedynie
kilka godzin. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Maroko, to polecam Wam
wybrać się do Marrakeszu na przynajmniej dwa dni, tak żeby spędzić w nim jedną noc, bo dopiero wieczorem zaczyna się w nim prawdziwe życie.
My niestety nie mogłyśmy samodzielnie zadecydować o tym, jak długo
chcemy tam zostać i co chcemy zobaczyć. Moja relacja nie zawiera więc
zdjęć ani opisów wielu miejsc, które chciałam odwiedzić, ale mam
nadzieję, że jest na tyle interesująca, że skusicie się i kiedyś
zobaczycie to magiczne miasto.
Po przejechaniu autokarem przez obrzeża miasta zajmowane przez slumsy, dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wycieczki - ogrodu Majorelle. Został on zaprojektowany przez francuskiego artystę Jacques Majorelle w latach 20-tych ubiegłego wieku, w czasach gdy Maroko było kolonią francuską. Ogród ma przypominać obraz,
dlatego nawet budynki są pomalowane na piękne kolory, głównie
intensywny odcień niebieskiego (tzw. "Majorelle Blue"). Po śmierci
J.Majorelle, w latach 80-tych ogród stał się własnością znanego
francuskiego projektanta mody, Yves Saint-Laurent. Podobno obecnie znajduje się w nim kilkaset gatunków roślin - np. wszelkiego rodzaju kaktusów, palm i bambusów. Jak mi się podobał ten słynny ogród? Cóż,
jeśli mam być szczera, to średnio. Owszem, miejsce jest ładne i
kolorowe, ale nic po za tym. Roślin jest sporo, ale brakuje podpisów z
nazwami gatunków, przez co zwykłemu laikowi ciężko zauważyć
różnorodność, z której słynie ogród. Ludzi jest tam tak dużo, że tak
naprawdę trudno jest zrobić ładne zdjęcia bez niechcianych mistrzów
drugiego planu. Jednakże najbardziej rozczarował mnie pomnik postawiony w ogrodzie na cześć Yves Saint Laurent, który jest... dużą kolumną. Jeśli będziecie w Marrakeszu, odwiedźcie to miejsce, bo mimo wszystko ogród jest ładny i miło się po nim spaceruje.
Po lewej: nasz przewodnik, ubrany w strój w typowo marokańskim zestawie kolorystycznym - biel i niebieskość; po prawej - Tamara i fragment jej outfitu, który doskonale wpasował się w kolorystykę pałacu ;)
Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Pałac Bahia, którego nazwa nie bez powodu może zostać przetłumaczona jako "wspaniały", "doskonały". Zbudowany pod koniec XIX wieku pałac należał do najznakomitszych w swoich czasach i był rezydencją Si Moussy, wezyra sułtana. Kompleks budynków to prawdziwa architektoniczna perełka, będąca esencją marokańskiego i arabskiego stylu. Trudno w to uwierzyć, ale przepiękne kolorowe posadzki i zdobienia na ścianach i sufitach zostały wykonane z użyciem jedynie naturalnych barwników i mimo upływu czasu wciąż zachwycają oko. Podczas zwiedzania przewodnik opowiadał nam dużo ciekawych historii o wizjerze, jego czterech żonach i ponad dwudziestu konkubinach :) Niestety obecnie pałac jest opustoszony i nie ma w nim żadnych mebli czy dekoracji - wszystko zostało rozkradzione w okresie kolonizacji francuskiej.
Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Pałac Bahia, którego nazwa nie bez powodu może zostać przetłumaczona jako "wspaniały", "doskonały". Zbudowany pod koniec XIX wieku pałac należał do najznakomitszych w swoich czasach i był rezydencją Si Moussy, wezyra sułtana. Kompleks budynków to prawdziwa architektoniczna perełka, będąca esencją marokańskiego i arabskiego stylu. Trudno w to uwierzyć, ale przepiękne kolorowe posadzki i zdobienia na ścianach i sufitach zostały wykonane z użyciem jedynie naturalnych barwników i mimo upływu czasu wciąż zachwycają oko. Podczas zwiedzania przewodnik opowiadał nam dużo ciekawych historii o wizjerze, jego czterech żonach i ponad dwudziestu konkubinach :) Niestety obecnie pałac jest opustoszony i nie ma w nim żadnych mebli czy dekoracji - wszystko zostało rozkradzione w okresie kolonizacji francuskiej.
Niebo nad Marrakeszem i detale z pałacu Bahia
Następnie przemierzyliśmy sporą część medyny,
pełnej wąskich i zawiłych uliczek, przypominających labirynt. W
plątaninie uliczek mieszczą się sklepy, restauracje i stoiska, oferujące
lokalne wyroby tekstylne, rzemieślnicze i garncarskie, przyprawy i
pachnące olejki oraz pamiątki. Wszystkiego było tak dużo, że aż ciężko
było zawiesić oko na jednej rzeczy, a kiedy okazało się, że w końcu coś
wzbudziło we mnie większe zainteresowanie, musieliśmy biec dalej. Tak, "biec" to dobre określenie, bo przez medynę sunęliśmy prawie tak szybko jak lokalni mieszkańcy na skuterach
(mieszkańcy Marrakeszu mają w zwyczaju szybko jeździć na jednośladach
przez wąskie uliczki suku, nawet jeśli są pełne ludzi...). Z tego
względu polecam Wam samodzielną wyprawę w tę część miasta - w
miejscu pełnym tylu aromatycznych przypraw, pięknej biżuterii, wyrobów
ze skóry i innych ciekawych rzeczy ciężko obejść się smakiem i wyjechać z
pustymi rękoma, a tak właśnie jest jeśli nie można odłączać się od
wycieczki i zatrzymywać się przy interesujących nas stoiskach :) Nawet
nie wiecie jak natrudziłam się, żeby zrobić nie-ruszone, ładne zdjęcia!
:) Pewnie zaraz powiecie, że przecież wyżej napisałam, że medyna
przypomina labirynt, więc jest tam niebezpiecznie i można się zgubić.
Tak, to prawda, ale powiem Wam, że podczas moich podróży i wędrówek po
obcych miastach, to właśnie gubiąc się odkrywałam najpiękniejsze zakątki!
W medynie odwiedziliśmy aptekę berberyjską, czyli sklep, w którym można kupić specyfiki używane w medycynie naturalnej - zioła, przyprawy, kremy i olejki. Wizycie w tym miejscu zawsze towarzyszy prezentacja oferowanych produktów przez "aptekarza". Z prezentacji można odnieść wrażenie, że w aptece można kupić lekarstwa na wszystkie schorzenia dręczące ludzkość - od opryszczki, poprzez migrenę, a kończąc na hemoroidach i problemach z potencją :) Dowiedziałam się wielu ciekawostek, np. że kumin rozpuszczony w odrobinie ciepłej wody przynosi ulgę w bólach menstruacyjnych, a po intensywnym pocieraniu czarnuszką owiniętą w gazik po ręce zaczyna uwalniać się z niej niesamowity, niemalże eukaliptusowy zapach, który świetnie sprawdza się przy zatkanych zatokach. Ciekawe, prawda? :) W aptece można także kupić różne mieszanki przypraw, np. Ras el Hanout i cytrynowe curry (przypominam, że te przyprawy możecie wygrać w moim KONKURSIE!), a także kremy z dodatkiem naturalnych olejków, np. różanego, migdałowego i jaśminowego.
Apteka berberyjska jest także dobrym miejscem do zakupu sprawdzonego, oryginalnego oleju aragnowego. Olej araganowy, nazywany także "złotem Maroka", jest wytwarzany z owoców arganii, jednego z najdawniej uprawianych przez ludzkość drzew. Podobno produkcja oleju arganowego sięga bardziej odległych czasów niż wytwarzanie oliwy z oliwek. Produkuje się jego dwa rodzaje - jadalny i kosmetyczny. Ten pierwszy ma lekko orzechowy smak i w Maroko jest jedzony w formie amlou (przesmacznej pasty z oleju arganowego i migdałów/orzeszków ziemnych, często z dodatkiem miodu) albo jako dodatek, w którym macza się chleb. Ten drugi jest znany ze swojego zbawiennego wpływu na skórę i włosy, a czarne mydło wytwarzane z resztek pozostałych po jego produkcji jest doskonałym peelingiem do ciała. Do wytworzenia jednego litra specyfiku, potrzebne jest ponad 100 kg owoców arganii, więc olej nie należy do najtańszych - półlitrowa butelka oleju kosmetycznego kosztuje około 30-35 euro, a jadalnego około 25 euro. Zapewniam Was jednak, że warto. Mimo, że nie wierzę w istnienie kosmetyków-cud i lekarstw na wszystko, myślę, że skoro olejek jest produkowany i używany od tysięcy lat, to na pewno jest w nim coś specjalnego.
Po wizycie w aptece berberyjskiej nastała wyczekiwana przez wszystkich chwila, czyli czas wolny! W tym czasie postanowiłam spróbować marokańskiego jedzenia ulicznego, o którym przeczytanie na blogu już jutro, oraz kupić coś, co będzie mi przypominało o wizycie w Marrakeszu.
.JPG)

Zdecydowałam się na zakup tradycyjnego, marokańskiego talerzyka z ładnie zdobionymi bokami. Jest prześliczny i obchodzę się z nim jak z jajkiem, a nawet ostrożniej :) Talerzyk kupiłam u pana, którego widać na zdjęciu powyżej. Ten miły projektant biżuterii był bardzo podekscytowany faktem, że jesteśmy z Polski, gdyż okazało się, że w jednym z polskich przewodników po Maroko napisano o jego stoisku i nazwano go "najsympatyczniejszym i najbardziej charyzmatycznym sprzedawcą w Marrakeszu" :) Fakt, pan był bardzo przyjazny i nie był natrętny, co na souku jest prawdziwą rzadkością!
Pisząc o czasie wolnym, nie mogłabym nie wspomnieć o słynnym placu znajdującym się w pobliżu souku, czyli Djemaa el-Fna. Plac ten, którego nazwa dosłownie oznacza "meczet śmierci" albo "meczet na końcu świata", nie bez powodu znajduje się na liście Arcydzieł Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO,
gdyż jest jednym z najbardziej niesamowitych miejsc, jakie miałam
okazję zobaczyć. Miejsce, które za dnia jest pełne stoisk ze świeżo
wyciskanym sokiem pomarańczowym, słodyczami, ślimakami i innym jedzeniem
ulicznym, z godziny na godzinę wypełnia się ludźmi i powoli staje się
zbiorowiskiem wróżących ze szklanych kul czarowników, zaklinaczy węży, muzyków, bajarzy i akrobatów.
Podobno po zmierzchu na placu są tysiące ludzi, którzy zostają tam do
późnych godzin nocnych, rozmawiając w blasku kolorowych świateł i
przypatrując się występom ulicznym. Spektakl na Jemaa el-Fnaa odbywa się codziennie i każdego dnia jest inny. Żałuję, że nie mogłyśmy zostać w Marrakeszu na noc. Nie mniej jednak nawet za dnia plac robi niesamowite wrażenie, choć nie każdemu się spodoba tamtejsza atmosfera - jest
tłoczny, głośny, tętniący życiem; pachnący jedzeniem ulicznym, z dymem
unoszącym się z nad grillów i pełen nagabujących turystów zaklinaczów
węży i sprzedawców. Ja wprost uwielbiam takie miejsca. Lubię
energię, która z nich emanuje oraz beztroskę i barwność tamtejszych
ludzi, którzy, choć pozornie nowocześni, sprawiają wrażenie nieco
zawieszonych w przeszłości i tradycji. Odrobina takiej magii przydałaby się w Łodzi...
Jutro
napiszę Wam o moich przygodach z próbowaniem jedzenia ulicznego, a
tymczasem dzisiaj podzielę się z Wami wrażeniami na temat jedzenia (obiadu i kolacji),
które jadłam w Marrakeszu w miejscach, do których zabrał nas przewodnik
w ramach wycieczki. Nie będę się zbytnio rozpisywać, bo tak naprawdę
nie ma o czym. Jedzenie było kiepskie. O ile sałatki podane na
przystawki dawały radę, o tyle oba dania główne były nijakie i
kompletnie bezpłciowe. Ani tajine z kurczaka z warzywami ani tajine z
jajkiem i pulpecikami wołowymi nie podbiły mojego serca. Gdyby to było
jedyne jedzenie, którego spróbowałam podczas wizyty w Maroko, to mój
obraz kuchni marokańskiej byłby zupełnie inny. To, że danie zostaje
podane w naczyniu do tajine niestety automatycznie nie czyni z niego
wspaniale doprawionej, marokańskiej potrawy. Tłumaczę to tym, że obie
restauracje były tak naprawdę "stołówkami", do których
przewodnicy zabierają turystów podczas wycieczek, a tamtejsze potrawy
były przygotowywane tak, żeby smakowały uniwersalne, a goście zza
granicy przyzwyczajeni do jedzenia kotletów z ziemniakami zbytnio nie
marudzili. Tak naprawdę kompletnie nie rozumiem takiego rozumowania - przewodnik powinien pokazać turystom prawdziwe marokańskie jedzenie.
Jak zresztą przeczytacie w jutrzejszym wpisie, w Marrakeszu za kilka
złotych można zjeść pyszne jedzenie, które zapamięta się na całe życie.
Amen.
Podsumowując, przyciąga mnie wibrująca, pełna kolorów moc Marrakeszu - jego czerwone budynki, głośna medyna-labirynt, magiczny plac Djemaa el-Fna pełen pachnącego jedzenia ulicznego i ciekawych ludzi. Chciałabym tam wrócić. Tym razem sama i na dłużej, żeby mieć czas na poznanie miasta i nasiąknięcie jego energią. Nie oszukujmy się, kilka godzin to za mało na zwiedzenie Marrakeszu. Tym bardziej jeśli w programie wycieczki nie ma wielu ważnych miejsc (np.grobowców Saadytów), przez interesującą medynę trzeba mknąć jak burza, a przewodnik za klucz programu uważa kiepskie jedzenie w pseudo-marokańskiej restauracji. Marrakesz polecam z całego serca, zorganizowaną wycieczkę odradzam.*
*chyba, że wybierzecie się do Marrakeszu na jedną z dwudniowych wycieczek, które mają w swojej ofercie biura podróży, w tym także Itaka. Nie byłam na niej i nie wiem czy na pewno warto, ale podejrzewam, że jest dużo fajniejsza niż ta jednodniowa - gwarantuje więcej czasu spędzonego w Marrakeszu i przede wszystkim zobaczenie miasta nocą!
Na zakończenie tradycyjnie odrobina uśmiechów od ekipy Modnych Podróży ze Smakiem ;) Za zdjęcia dziękuję ich autorce, Karolinie oraz Tamarze, która umieściła je na swoim blogu!
Już
jutro zapraszam Was do przeczytania wpisu o street food w Maroko, czyli o tym co ciekawe nowych smaków i nie bojące się wyzwań blogerki
kulinarne (i jak się okazuje także modowe) lubią najbardziej :)















Pięknie, cudownie, zazdroszczę! :)
OdpowiedzUsuńWspaniała relacja! Chciałoby się odwiedzić te miejsca...
OdpowiedzUsuńPiękne zdjecia, to musiały być wspaniałe wakacje!:)
OdpowiedzUsuńByły! :)
UsuńFuchsio,
OdpowiedzUsuńwidać, że wycieczka się Wam udała:)
Jedzenie wygląda dosyć kolorowo, nie pomyślałabym, że było nie-marokańskie i mało smaczne. Ale tak to już jest, że nie zawsze to, co dobrze wygląda, dobrze też smakuje.
Przyznaję Ci rację, że absolutnie warto używać olejku arganowego, bo jest rewelacyjny! :)
Z serdecznymi pozdrowieniami,
E.
P.S. Bardzo ładny ten talerzyk, który kupiłaś :)
Niestety już wielokrotnie przekonałam się, że ładny wygląd jedzenia, to nie wszystko. Szkoda! Na szczęście w Maroko spróbowałam wielu pysznych potraw i mam miłe wspomnienia związane z tamtejszą kuchnią.
UsuńO tak, olejek jest super. Szkoda tylko, że jest taki drogi :(
kolory mnie urzekają, co za kolorowy kraj:)
OdpowiedzUsuńMaroko to bardzo kolorowy kraj, zarówno miasta, jak i ludzie są bardzo barwni!
UsuńTo widzę, że przy tej naszej rdzawej i trochę szarej jesieni, nie tylko mi kolory zapierają dech :) Ale się musiałaś naładować pozytywnie!
OdpowiedzUsuńAleż Ty jesteś śliczna na tych ostatnich zdjęciach. Cud, miód i orzeszki. Relacja ciekawa i widać, że się napracowałaś.
OdpowiedzUsuńJakim aparatem robiłaś zdjęcia na wyjeździe?
Bardzo dziękuję :)
UsuńZdjęcia robię Nikonem D5000, obiektywem 18x55mm f/3.5-5.6G, zawsze w trybie manualnym
Cudowna fotorelacja:)! Co do wizyt w miejscowych restauracjach... już dawno się przekonałam, że -niestety- przewodnicy zabierają wycieczkowiczów nie tam gdzie pyszne jedzenie ale tam, gdzie dostają profit od właścicieli knajpy...:( Czasami najlepiej i najsmaczniej -o ile to możliwe -poszukać czegoś na własną rękę...
OdpowiedzUsuńP.S.rzeczywiście talerzyk fantastyczny:)))) Pozdrawiam!
Niestety muszę się z Tobą zgodzić! Trzeba po prostu brać sprawę we własne ręce i samodzielnie odkrywać smaki krajów, które odwiedzamy.
UsuńCieszę się, że talerzyk Ci się podoba :) Ja jestem nim po prostu zachwycona!
Przepiękna relacja, aż zaczęłam swoje zdjęica sprzed 4 lat oglądać jak byłam w tych miejscach... Rozmarzyłam się przez Ciebie, a może dzięki Tobie;)?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!
Nawet nie wiesz jak miło czytać mi takie słowa :) Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech! Bardzo cieszę się, że swoim wpisem mogłam przywołać takie wspomnienia!
Usuńsliczne zdjecia i ciekawa relacja. Super, ze podroz sie udala i zycze takich wygranych jak najwiecej, z checią poczytam o kolejnych wyprawach...
OdpowiedzUsuńDziękuję, jest mi bardzo miło, gdy czytam takie komentarze! Oczywiście zapraszam do czytania o moich wyprawach :)
Usuńpięęęknie już bym chętnie walizkę spakowała i wyruszyła do tej pięknej kulinarnie krainy :)
OdpowiedzUsuńNa szczescie Maroko nie jest drogie i dzikie, i nie trzeba go zwiedzac z przewodnikiem ;))
OdpowiedzUsuńDokładnie! A wbrew stereotypom Marokańczycy nie porywają kobiet i nie sprzedają ich za stado wielbłądów ;)
UsuńBardzo fajna relacja:)
OdpowiedzUsuńMarorko to moje marzenie! zazdroszcze Ci!:)
OdpowiedzUsuń