środa, 17 października 2012

Miasto z tysiąca i jednej nocy


Marrakesz - miasto, w którego pałacach mogłaby mieszkać Szeherezada, opowiadając sułtanowi baśnie przez tysiąc i jedną noc. Tajemnicze, tętniące życiem i mające w sobie odrobinę magii, która przyciąga mnie do niego jak magnes i sprawia, że chcę do niego wrócić. Czym prędzej i na dłużej, bo tym razem spędziłam w nim jedynie kilka godzin. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Maroko, to polecam Wam wybrać się do Marrakeszu na przynajmniej dwa dni, tak żeby spędzić w nim jedną noc, bo dopiero wieczorem zaczyna się w nim prawdziwe życie. My niestety nie mogłyśmy samodzielnie zadecydować o tym, jak długo chcemy tam zostać i co chcemy zobaczyć. Moja relacja nie zawiera więc zdjęć ani opisów wielu miejsc, które chciałam odwiedzić, ale mam nadzieję, że jest na tyle interesująca, że skusicie się i kiedyś zobaczycie to magiczne miasto.


Po przejechaniu autokarem przez obrzeża miasta zajmowane przez slumsy, dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wycieczki - ogrodu Majorelle. Został on zaprojektowany przez francuskiego artystę Jacques Majorelle w latach 20-tych ubiegłego wieku, w czasach gdy Maroko było kolonią francuską. Ogród ma przypominać obraz, dlatego nawet budynki są pomalowane na piękne kolory, głównie intensywny odcień niebieskiego (tzw. "Majorelle Blue").  Po śmierci J.Majorelle, w latach 80-tych ogród stał się własnością znanego francuskiego projektanta mody, Yves Saint-Laurent. Podobno obecnie znajduje się w nim kilkaset gatunków roślin - np. wszelkiego rodzaju kaktusów, palm i bambusów. Jak mi się podobał ten słynny ogród? Cóż, jeśli mam być szczera, to średnio. Owszem, miejsce jest ładne i kolorowe, ale nic po za tym. Roślin jest sporo, ale brakuje podpisów z nazwami gatunków, przez co zwykłemu laikowi ciężko zauważyć różnorodność, z której słynie ogród. Ludzi jest tam tak dużo, że tak naprawdę trudno jest zrobić ładne zdjęcia bez niechcianych mistrzów drugiego planu. Jednakże najbardziej rozczarował mnie pomnik postawiony w ogrodzie na cześć Yves Saint Laurent, który jest... dużą kolumną. Jeśli będziecie w Marrakeszu, odwiedźcie to miejsce, bo mimo wszystko ogród jest ładny i miło się po nim spaceruje.

Po lewej: nasz przewodnik, ubrany w strój w typowo marokańskim zestawie kolorystycznym - biel i niebieskość; po prawej - Tamara i fragment jej outfitu, który doskonale wpasował się w kolorystykę pałacu ;) 

Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Pałac Bahia, którego nazwa nie bez powodu może zostać przetłumaczona jako "wspaniały", "doskonały". Zbudowany pod koniec XIX wieku pałac należał do najznakomitszych w swoich czasach i był rezydencją Si Moussy, wezyra sułtana. Kompleks budynków to prawdziwa architektoniczna perełka, będąca esencją marokańskiego i arabskiego stylu. Trudno w to uwierzyć, ale przepiękne kolorowe posadzki i zdobienia na ścianach i sufitach zostały wykonane z użyciem jedynie naturalnych barwników i mimo upływu czasu wciąż zachwycają oko. Podczas zwiedzania przewodnik opowiadał nam dużo ciekawych historii o wizjerze, jego czterech żonach i ponad dwudziestu konkubinach :) Niestety obecnie pałac jest opustoszony i nie ma w nim żadnych mebli czy dekoracji - wszystko zostało rozkradzione w okresie kolonizacji francuskiej.

Niebo nad Marrakeszem i detale z pałacu Bahia

Następnie przemierzyliśmy sporą część medyny, pełnej wąskich i zawiłych uliczek, przypominających labirynt. W plątaninie uliczek mieszczą się sklepy, restauracje i stoiska, oferujące lokalne wyroby tekstylne, rzemieślnicze i garncarskie, przyprawy i pachnące olejki oraz pamiątki. Wszystkiego było tak dużo, że aż ciężko było zawiesić oko na jednej rzeczy, a kiedy okazało się, że w końcu coś wzbudziło we mnie większe zainteresowanie, musieliśmy biec dalej. Tak, "biec" to dobre określenie, bo przez medynę sunęliśmy prawie tak szybko jak lokalni mieszkańcy na skuterach (mieszkańcy Marrakeszu mają w zwyczaju szybko jeździć na jednośladach przez wąskie uliczki suku, nawet jeśli są pełne ludzi...). Z tego względu polecam Wam samodzielną wyprawę w tę część miasta - w miejscu pełnym tylu aromatycznych przypraw, pięknej biżuterii, wyrobów ze skóry i innych ciekawych rzeczy ciężko obejść się smakiem i wyjechać z pustymi rękoma, a tak właśnie jest jeśli nie można odłączać się od wycieczki i zatrzymywać się przy interesujących nas stoiskach :) Nawet nie wiecie jak natrudziłam się, żeby zrobić nie-ruszone, ładne zdjęcia! :) Pewnie zaraz powiecie, że przecież wyżej napisałam, że medyna przypomina labirynt, więc jest tam niebezpiecznie i można się zgubić. Tak, to prawda, ale powiem Wam, że podczas moich podróży i wędrówek po obcych miastach, to właśnie gubiąc się odkrywałam najpiękniejsze zakątki!


W medynie odwiedziliśmy aptekę berberyjską, czyli sklep, w którym można kupić specyfiki używane w medycynie naturalnej - zioła, przyprawy, kremy i olejki. Wizycie w tym miejscu zawsze towarzyszy prezentacja oferowanych produktów przez "aptekarza". Z prezentacji można odnieść wrażenie, że w aptece można kupić lekarstwa na wszystkie schorzenia dręczące ludzkość - od opryszczki, poprzez migrenę, a kończąc na hemoroidach i problemach z potencją :) Dowiedziałam się wielu ciekawostek, np. że kumin rozpuszczony w odrobinie ciepłej wody przynosi ulgę w bólach menstruacyjnych, a po intensywnym pocieraniu czarnuszką owiniętą w gazik po ręce zaczyna uwalniać się z niej niesamowity, niemalże eukaliptusowy zapach, który świetnie sprawdza się przy zatkanych zatokach. Ciekawe, prawda? :) W aptece można także kupić różne mieszanki przypraw, np. Ras el Hanout i cytrynowe curry (przypominam, że te przyprawy możecie wygrać w moim KONKURSIE!), a także kremy z dodatkiem naturalnych olejków, np. różanego, migdałowego i jaśminowego.

Apteka berberyjska jest także dobrym miejscem do zakupu sprawdzonego, oryginalnego oleju aragnowego. Olej araganowy, nazywany także "złotem Maroka", jest wytwarzany z owoców arganii, jednego z najdawniej uprawianych przez ludzkość drzew. Podobno produkcja oleju arganowego sięga bardziej odległych czasów niż wytwarzanie oliwy z oliwek. Produkuje się jego dwa rodzaje - jadalny i kosmetyczny. Ten pierwszy ma lekko orzechowy smak i w Maroko jest jedzony w formie amlou (przesmacznej pasty z oleju arganowego i migdałów/orzeszków ziemnych, często z dodatkiem miodu) albo jako dodatek, w którym macza się chleb. Ten drugi jest znany ze swojego zbawiennego wpływu na skórę i włosy, a czarne mydło wytwarzane z resztek pozostałych po jego produkcji jest doskonałym peelingiem do ciała. Do wytworzenia jednego litra specyfiku, potrzebne jest ponad 100 kg owoców arganii, więc olej  nie należy do najtańszych - półlitrowa butelka oleju kosmetycznego kosztuje około 30-35 euro, a jadalnego około 25 euro. Zapewniam Was jednak, że warto. Mimo, że nie wierzę w istnienie kosmetyków-cud i lekarstw na wszystko, myślę, że skoro olejek jest produkowany i używany od tysięcy lat, to na pewno jest w nim coś specjalnego.


Po wizycie w aptece berberyjskiej nastała wyczekiwana przez wszystkich chwila, czyli czas wolny! W tym czasie postanowiłam spróbować marokańskiego jedzenia ulicznego, o którym przeczytanie na blogu już jutro, oraz kupić coś, co będzie mi przypominało o wizycie w Marrakeszu.





Zdecydowałam się na zakup tradycyjnego, marokańskiego talerzyka z ładnie zdobionymi bokami. Jest prześliczny i obchodzę się z nim jak z jajkiem, a nawet ostrożniej :) Talerzyk kupiłam u pana, którego widać na zdjęciu powyżej. Ten miły projektant biżuterii był bardzo podekscytowany faktem, że jesteśmy z Polski, gdyż okazało się, że w jednym z polskich przewodników po Maroko napisano o jego stoisku i nazwano go "najsympatyczniejszym i najbardziej charyzmatycznym sprzedawcą w Marrakeszu" :) Fakt, pan był bardzo przyjazny i nie był natrętny, co na souku jest prawdziwą rzadkością!


  

Pisząc o czasie wolnym, nie mogłabym nie wspomnieć o słynnym placu znajdującym się w pobliżu souku, czyli Djemaa el-Fna. Plac ten, którego nazwa dosłownie oznacza "meczet śmierci" albo "meczet na końcu świata", nie bez powodu znajduje się na liście Arcydzieł Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, gdyż jest jednym z najbardziej niesamowitych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć. Miejsce, które za dnia jest pełne stoisk ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym, słodyczami, ślimakami i innym jedzeniem ulicznym, z godziny na godzinę wypełnia się ludźmi i powoli staje się zbiorowiskiem wróżących ze szklanych kul czarowników, zaklinaczy węży, muzyków, bajarzy i akrobatów. Podobno po zmierzchu na placu są tysiące ludzi, którzy zostają tam do późnych godzin nocnych, rozmawiając w blasku kolorowych świateł i przypatrując się występom ulicznym. Spektakl na Jemaa el-Fnaa odbywa się codziennie i każdego dnia jest inny. Żałuję, że nie mogłyśmy zostać w Marrakeszu na noc. Nie mniej jednak nawet za dnia plac robi niesamowite wrażenie, choć nie każdemu się spodoba tamtejsza atmosfera - jest tłoczny, głośny, tętniący życiem; pachnący jedzeniem ulicznym, z dymem unoszącym się z nad grillów i pełen nagabujących turystów zaklinaczów węży i sprzedawców. Ja wprost uwielbiam takie miejsca. Lubię energię, która z nich emanuje oraz beztroskę i barwność tamtejszych ludzi, którzy, choć pozornie nowocześni, sprawiają wrażenie nieco zawieszonych w przeszłości i tradycji. Odrobina takiej magii przydałaby się w Łodzi...


Jutro napiszę Wam o moich przygodach z próbowaniem jedzenia ulicznego, a tymczasem dzisiaj podzielę się z Wami wrażeniami na temat jedzenia (obiadu i kolacji), które jadłam w Marrakeszu w miejscach, do których zabrał nas przewodnik w ramach wycieczki. Nie będę się zbytnio rozpisywać, bo tak naprawdę nie ma o czym. Jedzenie było kiepskie. O ile sałatki podane na przystawki dawały radę, o tyle oba dania główne były nijakie i kompletnie bezpłciowe. Ani tajine z kurczaka z warzywami ani tajine z jajkiem i pulpecikami wołowymi nie podbiły mojego serca. Gdyby to było jedyne jedzenie, którego spróbowałam podczas wizyty w Maroko, to mój obraz kuchni marokańskiej byłby zupełnie inny. To, że danie zostaje podane w naczyniu do tajine niestety automatycznie nie czyni z niego wspaniale doprawionej, marokańskiej potrawy. Tłumaczę to tym, że obie restauracje były tak naprawdę "stołówkami", do których przewodnicy zabierają turystów podczas wycieczek, a tamtejsze potrawy były przygotowywane tak, żeby smakowały uniwersalne, a goście zza granicy przyzwyczajeni do jedzenia kotletów z ziemniakami zbytnio nie marudzili. Tak naprawdę kompletnie nie rozumiem takiego rozumowania - przewodnik powinien pokazać turystom prawdziwe marokańskie jedzenie. Jak zresztą przeczytacie w jutrzejszym wpisie, w Marrakeszu za kilka złotych można zjeść pyszne jedzenie, które zapamięta się na całe życie. Amen. 

Podsumowując, przyciąga mnie wibrująca, pełna kolorów moc Marrakeszu - jego czerwone budynki, głośna medyna-labirynt, magiczny plac Djemaa el-Fna pełen pachnącego jedzenia ulicznego i ciekawych ludzi. Chciałabym tam wrócić. Tym razem sama i na dłużej, żeby mieć czas na poznanie miasta i nasiąknięcie jego energią. Nie oszukujmy się, kilka godzin to za mało na zwiedzenie Marrakeszu. Tym bardziej jeśli w programie wycieczki nie ma wielu ważnych miejsc (np.grobowców Saadytów), przez interesującą medynę trzeba mknąć jak burza, a przewodnik za klucz programu uważa kiepskie jedzenie w pseudo-marokańskiej restauracji. Marrakesz polecam z całego serca, zorganizowaną wycieczkę odradzam.*

*chyba, że wybierzecie się do Marrakeszu na jedną z dwudniowych wycieczek, które mają w swojej ofercie biura podróży, w tym także Itaka. Nie byłam na niej i nie wiem czy na pewno warto, ale podejrzewam, że jest dużo fajniejsza niż ta jednodniowa - gwarantuje więcej czasu spędzonego w Marrakeszu i przede wszystkim zobaczenie miasta nocą!


Na zakończenie tradycyjnie odrobina uśmiechów od ekipy Modnych Podróży ze Smakiem ;) Za zdjęcia dziękuję ich autorce, Karolinie oraz Tamarze, która umieściła je na swoim blogu!

Już jutro zapraszam Was do przeczytania wpisu o street food w Maroko, czyli o tym co ciekawe nowych smaków i nie bojące się wyzwań blogerki kulinarne (i jak się okazuje także modowe) lubią najbardziej :)

22 komentarze:

  1. Wspaniała relacja! Chciałoby się odwiedzić te miejsca...

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne zdjecia, to musiały być wspaniałe wakacje!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fuchsio,

    widać, że wycieczka się Wam udała:)
    Jedzenie wygląda dosyć kolorowo, nie pomyślałabym, że było nie-marokańskie i mało smaczne. Ale tak to już jest, że nie zawsze to, co dobrze wygląda, dobrze też smakuje.

    Przyznaję Ci rację, że absolutnie warto używać olejku arganowego, bo jest rewelacyjny! :)

    Z serdecznymi pozdrowieniami,
    E.

    P.S. Bardzo ładny ten talerzyk, który kupiłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety już wielokrotnie przekonałam się, że ładny wygląd jedzenia, to nie wszystko. Szkoda! Na szczęście w Maroko spróbowałam wielu pysznych potraw i mam miłe wspomnienia związane z tamtejszą kuchnią.

      O tak, olejek jest super. Szkoda tylko, że jest taki drogi :(

      Usuń
  4. kolory mnie urzekają, co za kolorowy kraj:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maroko to bardzo kolorowy kraj, zarówno miasta, jak i ludzie są bardzo barwni!

      Usuń
  5. To widzę, że przy tej naszej rdzawej i trochę szarej jesieni, nie tylko mi kolory zapierają dech :) Ale się musiałaś naładować pozytywnie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ Ty jesteś śliczna na tych ostatnich zdjęciach. Cud, miód i orzeszki. Relacja ciekawa i widać, że się napracowałaś.
    Jakim aparatem robiłaś zdjęcia na wyjeździe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :)

      Zdjęcia robię Nikonem D5000, obiektywem 18x55mm f/3.5-5.6G, zawsze w trybie manualnym

      Usuń
  7. Cudowna fotorelacja:)! Co do wizyt w miejscowych restauracjach... już dawno się przekonałam, że -niestety- przewodnicy zabierają wycieczkowiczów nie tam gdzie pyszne jedzenie ale tam, gdzie dostają profit od właścicieli knajpy...:( Czasami najlepiej i najsmaczniej -o ile to możliwe -poszukać czegoś na własną rękę...
    P.S.rzeczywiście talerzyk fantastyczny:)))) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety muszę się z Tobą zgodzić! Trzeba po prostu brać sprawę we własne ręce i samodzielnie odkrywać smaki krajów, które odwiedzamy.

      Cieszę się, że talerzyk Ci się podoba :) Ja jestem nim po prostu zachwycona!

      Usuń
  8. Przepiękna relacja, aż zaczęłam swoje zdjęica sprzed 4 lat oglądać jak byłam w tych miejscach... Rozmarzyłam się przez Ciebie, a może dzięki Tobie;)?

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz jak miło czytać mi takie słowa :) Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech! Bardzo cieszę się, że swoim wpisem mogłam przywołać takie wspomnienia!

      Usuń
  9. sliczne zdjecia i ciekawa relacja. Super, ze podroz sie udala i zycze takich wygranych jak najwiecej, z checią poczytam o kolejnych wyprawach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, jest mi bardzo miło, gdy czytam takie komentarze! Oczywiście zapraszam do czytania o moich wyprawach :)

      Usuń
  10. pięęęknie już bym chętnie walizkę spakowała i wyruszyła do tej pięknej kulinarnie krainy :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Na szczescie Maroko nie jest drogie i dzikie, i nie trzeba go zwiedzac z przewodnikiem ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! A wbrew stereotypom Marokańczycy nie porywają kobiet i nie sprzedają ich za stado wielbłądów ;)

      Usuń
  12. Marorko to moje marzenie! zazdroszcze Ci!:)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze
PS: Drogi Anonimie, proszę podpisz się imieniem albo nickiem!