Jeśli czytaliście moje poprzednie relacje, to na pewno wiecie, że nie smakowało mi jedzenie serwowane w knajpach, do których zabrał nas przewodnik, a to w hotelu, mimo, że bardzo smaczne, też sprawiało wrażenie nieco "zeuropeizowanego" i dopasowanego do gustu zagranicznych gości. Chcąc za wszelką cenę poznać prawdziwy smak Maroka, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i wyruszyłam na poszukiwanie wartych spróbowania potraw. Kosztowało mnie to wiele, bo niestety dopadła mnie tzw. "klątwa faraona" (swoją drogą, jak myślicie, istnieje jakiś odpowiednik tej nazwy bardziej powiązany z Maroko niż z Egiptem? :)). Z drugiej strony moich dolegliwości nie można łączyć jedynie ze street foodem, bo inne dziewczyny też chorowały, a nie wszystkie jadły poza hotelem. PS: Dziękuję Paulinie, Karolinie i Tamarze, że wraz ze mną dzielnie próbowały tak wielu potraw :)
Jak smakuje Maroko? Różnorodnie, aromatycznie, pysznie. Historia Maroka to opowieść o interakcji wielu kultur, co jest doskonale odzwierciedlone w marokańskiej kuchni, łączącej w sobie wpływy arabskie, berberyjskie, żydowskie i śródziemnomorskie, a w szczególności francuskie. Dzięki takiej różnorodności, kulinarna podróż przez Maroko jest ekscytująca i zaskakująca. Taką podróż najlepiej odbyć próbując jedzenia na ulicy i w restauracjach, w których jadają lokalni ludzie. Wtedy możemy mieć pewność, że to co jemy jest autentyczne i mniej przefiltrowane przez turystyczne realia. Powiecie pewnie, że jedzenie potraw sprzedawanych na ulicy jest ryzykowne. Cóż, często stoiska, na których jest przygotowywane nie są zbyt czyste, ale tak naprawdę nawet jedząc w ekskluzywnej restauracji nigdy nie mamy pewności co zostało dodane do danej potrawy. Poza tym, do odważnych świat należy i nie ryzykując, można stracić unikalną okazję posmakowania czegoś wyjątkowego. Po wielu latach wiele szczegółów z wyjazdów wakacyjnych gdzieś umyka, ale nietypowe doznania smakowe pamięta się na zawsze.

Przy nadoceanicznej promenadzie w Agadirze znajduje się wiele restauracji i kawiarni. Mimo, że większość z nich jest wyraźnie ukierunkowana na zamożnych turystów, jest tam kilka miejsc, w których można zjeść nieco taniej i mniej ekskluzywnie, żeby nie powiedzieć "fast-foodowo". Wraz z Pauliną postanowiłyśmy więc sprawdzić, jak wygląda marokański fast food i w lokalu Portofino, będącym połączeniem kawiarni i bistro, zamówiłyśmy coś, co w menu figurowało pod nazwą "pain libanais" (pol. "chleb libański") i co cieszyło się popularnością w wielu napotykanych przez nas marokańskich barach. Przyznam się Wam, że składając zamówienie, nie spodziewałam się wiele - miejsce nie wyglądało spektakularnie, a ceny były niskie (około 13,6 zł za nasz chlebek!). Wyobraźcie sobie jaka byłam zdziwiona, gdy na stole pojawiła się ogromnych rozmiarów "paczuszka" z cieniutkiego, chrupiącego ciasta, w towarzystwie frytek i sosów "z papierka". Przepadłam już po pierwszym kęsie. Ciasto skrywało w sobie świetnie doprawioną, bardzo pikantną wołowinę z dodatkiem odrobiny warzyw. Dawno nie jadłam tak dobrze doprawionego mięsa! Sama się sobie dziwiłam, że "chleb libański" tak mi posmakował, bo w Polsce nie jadam kebabów ani innych podobnych tworów. Fast food z Agadiru to jednak zupełnie inna bajka. Ciasto skrywało w sobie głównie mięso, a nie, tak jak to się zdarza w Polsce, surówki, a całość nie potrzebowała ogromnych ilości sosów by stać się choć trochę zjadliwą.
W Agadirze miałyśmy także okazję zobaczyć jak wygląda prawdziwe tajine. Tajine widoczne na zdjęciu było serwowane w małej, nieco obskurnej knajpce na dalekich obrzeżach miasta, gdzie zazwyczaj nie zapuszczają się żadni turyści. Mimo, że nie wygląda apetycznie, musicie mi uwierzyć, że było bardzo dobre. Składało się z kurczaka w sosie cytrynowo-oliwkowym, z wcześniej przeze mnie nie spotkanym dodatkiem jajek na twardo. Co ciekawe, Marokańczycy jedli potrawę używając tylko i wyłącznie kawałków chleba Matlouh. Danie wyglądało o stokroć gorzej niż to które podano nam w Marrakeszu, ale jeśli chodzi o smak sytuacja wyglądała dokładnie odwrotnie.
Tak jak wspominałam w ostatnim poście, "czas wolny" w Marrakeszu postanowiłam poświęcić na poszukiwanie smacznego jedzenia ulicznego, w czym towarzyszyły mi Tamara i Karolina (buziaki dla Was, dziewczyny!). Mimo, że byłyśmy świeżo po nieudanym, ale dość sycącym obiedzie, spróbowałyśmy kilku rzeczy. Takie napychanie się jedzeniem zdecydowanie można nazwać masochizmem kulinarnym :) Ale za to jakim przyjemnym!
Przed wyjazdem z Polski spytałam Was czego warto spróbować w Maroko i Agnieszka z bloga Belgia od Kuchni, poleciła mi ślimaki z placu Djemaa el-Fna. Bez problemu odnalazłam stoisko ze ślimakami, na którym za sumę 10 dirhamów (około 3,70 zł!) bardzo towarzyski pan nakładał nadziane skorupki do nieco wyszczerbionych miseczek. Nie byłabym sobą gdybym ich nie spróbowała, a Tamara jako jedyna postanowiła mi towarzyszyć :) Jak smakowały? Dużo lepiej niż wyglądały! Jeśli miałabym do czegoś porównać ich smak i konsystencję, to byłyby to...grzyby. Prawdziwym sercem dania był jednak esencjonalny, aromatyczny bulion, w którym jest tyle składników (np. piołun i kumin), że ciężko byłoby je wszystkie wyodrębnić. Mimo, że ślimaki dość ciężko wyjmuje się ze skorupek i według większość osób wyglądają obrzydliwie, warto ich spróbować będąc w Marrakeszu. W końcu taka okazja trafia się być może tylko raz w życiu, a uwierzcie mi, że ślimaki z placu Djemaa el-Fna zupełnie nie przypominają popularnych we francuskiej kuchni les Escargots de Bourgogne, czyli ślimaków po burgundzku.
W Marrakeszu wraz z Tamarą spróbowałyśmy także berberyjskich naleśników M'semmen. To rodzaj nadziewanego, drożdżowego placka, który wyrabia się podobnie do pizzy, smażonego na rozgrzanych, okrągłych płytach, podobnych do tych, na których robi się naleśniki. Nadzienia są różne - spotkałam się zarówno z wersjami mięsnymi (z mieloną jagnięciną albo kawałkami wołowiny), jak i wegetariańskimi (np. z serem). My zdecydowałyśmy się na wersję z oliwkami i pomidorami, która okazała się być przepyszna! Chrupiący na zewnątrz i mięciutki w środku placek skrywał w sobie aromatyczne, dobrze doprawione nadzienie. Jak dla mnie super, tym bardziej, że duży placek kosztował jedyne 7 MAD, czyli około 2,50 zł! Zauważyłam, że M'semmen to bardzo popularna wśród Marokańczyków przekąska i na każdym souku (również w Agadirze) znajduje się co najmniej kilka stoisk, na których jest przygotowywana.

Pisząc o jedzeniu marokańskim, które można kupić na ulicy, nie mogłabym zapomnieć o słodkościach! Na każdym targu znajduje się wiele stoisk, na których można wybierać spośród dziesiątek rodzajów ciastek. Z migdałami, z sezamem, z orzechami włoskimi, z daktylami, z suszonymi figami, z wodą z kwiatu pomarańczy, z czekoladą... Jest co próbować! Wraz z dziewczynami postanowiłyśmy wspólnie kupić wiele rodzajów ciasteczek, dzięki czemu mogłyśmy spróbować smakołyków o różnorodnych kształtach i smakach. Jako, że bardzo lubię słodycze z dodatkiem orzechów, sezamu, miodu i bakalii, prawie wszystkie bardzo mi smakowały. Część z nich była zdecydowanie za słodka, ale tak to już jest z arabskimi słodkościami. Do najpopularniejszych marokańskich ciastek należą, na przykład, Makrout (ciasteczka semolinowe z nadzieniem daktylowym po usmażeniu maczane w miodzie), Kaab el Ghazal ("rogi gazeli", migdałowe ciasteczka obtoczone w cukrze pudrze), Chebakia (ciasteczka sezamowe z miodem, w kształcie kwiatków) i Ghoriba (ciasteczka z prażonym sezamem, kokosem albo migdałami). W najbliższym czasie postaram się odtworzyć kilka z nich w domu i podzielę się z Wami przepisami!
Miałam także okazję spróbować kilku innych typowo marokańskich słodkości, których niestety nie uwieczniłam na zdjęciach. Sfenj to rodzaj marokańskich pączków z ciasta drożdżowego smażonego w głębokim tłuszczu, później obtaczanych w cukrze. Zazwyczaj są ogromnych rozmiarów i jednym spokojnie można się najeść.. Mimo, że to dość tłusty deser, jest bardzo smaczny. Sfenj można kupić na ulicy - są sprzedawane za grosze z małych wózków/budek. Bardzo smakowało mi także marokańskie ciasto kokosowe, na które przepis pojawi się na blogu już jutro!
Po lewej - smoothie bananowo-jabłkowy, po prawej - świeżo wyciskany sok ananasowy
Na uwagę zasługują także świeżo wyciskane soki owocowe, których, będąc w Maroku, grzech byłoby nie spróbować! Na placu Djemaa el-Fna piłam chyba jeden z najlepszych świeżo wyciskanych soków pomarańczowych w całym swoim życiu. Słodki, orzeźwiający, po prostu rozkoszny! W Marrakeszu stoiska z sokami są na każdym kroku, a za jedną szklankę napoju zapłacicie tylko 4 dirhamy (około 1,5 zł).
Skoro już jesteśmy przy owocach, warto wspomnieć o tym, że Maroko słynie ze swoich wspaniałych owoców i warzyw, które można kupić albo na targach albo na ulicy, prosto od obwoźnych handlarzy, sprzedających je prosto z wozów. Mnie najbardziej smakowały granaty, o których już wspominałam w pierwszej relacji z Maroko, a także owoce kaktusa. Opuncje jadłam po raz pierwszy w życiu. Ich smak można nieco porównać do melona, choć są o wiele słodsze i mają zupełnie inną konsystencję. Gdy kupuje się owoce kaktusa na ulicy, można je skonsumować na miejscu - sprzedawca umyje je i obierze ze skórki specjalnie dla Was.
Będąc w Maroko spróbowałam jeszcze wielu innych przysmaków, o których przeczytacie w kolejnych relacjach i na które przepisy już dla Was przygotowałam :)



Witaj.Bardzo ciekawie opisałaś swój pobyt w Maroku,od razu przypomniałem sobie swoje wczasy w Maroku.Byłem tam dwa razy.Pierwszym moim zakupem były dwie tażiniery. Jedna duża,druga mała na 1 osobę.Jak chcesz zobaczyć,to zapraszam http://edicook.blogspot.com/2009/03/tazin-kuchnia-marokanska.html
OdpowiedzUsuńNie mam problemu z robieniem tażina, robię go w piekarniku,a cytryny kiszę trochę szybciej.Z drugiego pobytu uzupełniłem przyprawy.To jest skrzywienie zawodowe.No ale taka jest prawda,bez przypraw nie ma dobrego jedzenia.Niestety,dobrych przypraw to w Polsce się nie dostanie.Nawet hinduskie curry lepsze jest w Anglii czy Niemiec.Pozdrawiam Christopher
Zazdroszcze ci tych wszystkich wspanialosci, ktorych mialas okazje sprobowas w Maroko. Zdjecia jak zawsze piekne i wpis ciekawy
OdpowiedzUsuńWielkie dzięki za tę relację! W grudniu wybieram się do Marakeszu i bardzo mi się te informacje przydadzą.
OdpowiedzUsuńBardzo się cieszę, że wpis Ci się przyda :) Życzę udanej wycieczki - Marrakesz skradł moje serce i mam nadzieję, że Tobie też się spodoba!
Usuń